Yuka, Hawana i stare balkony.

Słońce za oknem kubańskiego domu prażyło niemiłosiernie.

- Co to? – zapytałam nie do końca świadoma tego, co mam na talerzu.
- Yuka – spróbuj, zachęcał R.
- A to?
- Gołąbki, tylko, że w kukurydzianych liściach.
- ommmmmmm – nie byłam w stanie nic powiedzieć, pałaszując pierwszy obiad.

- Idziemy w miasto, czas abyś poznała kubańskie realia – oznajmił kategorycznie R.

Stojąc w krótkich spodenkach i bluzce na ramiączka wciąż nie mogłam uwierzyć, że na lotnisku w PL zarzuciłam na ręce M. skórzaną ramoneskę, twierdząc, że w kwietniowej Hawanie, raczej nie będzie mi potrzebna.

Ruszyliśmy piaszczystą ulicą w stronę skrzyżowania. Co chwilę zatrzymywali nas ciekawi dziewczyny R, sąsiedzi.
Powitanie, big niedźwiedzi hug lub zwyczajne przybicie piątki z „Como estas” na ustach.
Ciekawskie spojrzenie w moim kierunku i buziak w policzek na powitanie.
Przejście stu-metrowego odcinka zajęło nam ok godziny.
Ostatecznie dotarliśmy do głównej ulicy. Nie chciałam niczego przegapić więc zrezygnowaliśmy z taksówki.

Mijając kolejne skrzyżowania i budynki, doznawałam swoistego oczopląsu.
R. mieszkał w dzielnicy nieodwiedzanej przez turystów. Gapiłam się jak dziecko na stare kamienice i mijane żwirowe uliczki. Na rozklekotane balkony z rozwieszonym praniem i mieszkańców siedzących na krawężnikach oraz schodkach ze szklaneczką rumu i wesoło gawędzących . Wciąż nie docierał do mnie widok starych samochodów rodem a dawnych, amerykańskich filmów.

Zatrzymałam się pod filarami budynku, który mijaliśmy, nie mogłam się ruszyć.

Wpatrywałam się w urwaną mozaikę. Mozaikę, która miała pełnić funkcję chodnika.
W myślach pojawił się obraz dawnej świetności, czasu i przemijania.

c3

Wstąpiliśmy do sklepu po coś na ochłodę.

Moim oczom ukazały się wypełnione rzędy półek niby marketu. Wypełnione na bogato… puszkami kukurydzy i fasoli.
Uśmiechnięty Kubańczyk przyjął od nas pieniądze za Tucolę i nad szklaną ladą, pod którą prezentowały się kurki od kranów i końcówki do prysznica, wydał nam resztę.

Popijając kubańską wersję cocacoli przemierzaliśmy kolejne ulice w drodze do bliskich przyjaciół R.

Mentolowe Hollywoody dymiły między naszymi palcami a zimna wcześniej puszka, przybrała temperaturę nagrzanego słońcem miasta..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>