Studenci prywatnych uczelni jako pseudointeligentne ptasie móżdżki?

Ostatnio sporo w prasie czytam, tak mi do kawy smakuje, że i gazetę i artykuł online do małej czarnej spożywam.
Sącząc rozpuszczalną z mlekiem i zagryzając „niskokaloryczną” drożdżówkę z budyniem, zatrzymałam się na niesamowitym wywodzie jak to kwitnie rynek prac magisterskich do sprzedania, bo „jełopy” z prywatnych uczelni za głupie są i za leniwe żeby samemu się wysilić. Czytam i nie wierzę, myślałam, że stracę resztki kofeiny opluwając monitor.

Zapisałam się na studia, na prywatne, zaoczne. Kierunek popularny, osób na pierwszym roku ponad tysiąc. Czemu na prywatne i zaoczne? Prywatne bo program, kadra, dni zajęć, zaplecze dydaktyczne i dobre opinie, zaoczne, bo nie należę do wiecznych dzieci do 25 roku życia ciągnących pieniądze od rodziców i nie potrafiących samodzielnie zarobić nawet na rachunek za telefon.

Nie uważam siebie w żadnym wypadku za „jełopa” ani leniwego głąba. Wytrzymałam egzaminacyjne 5-letnie sito kończąc 5-ty rok ze 150-cioma innymi studentami (tak, ten tysiąc osób tak właśnie się wykrusza jeśli okazuje się, że jednak nie tylko się płaci, ale i nauczyć do egzaminów też trzeba, selekcja naturalna – tak bym to nazwała).

Pracowałam na cały etat, wynajmowałam mieszkanie, opłacałam czesne, a weekendy od 09 rano do 22-giej wieczorem, spędzałam w salach wykładowych. 

Nigdy nie byłam na prawdziwym urlopie, nie wyjechałam na wakacje. 2 tygodnie wolnego spędzałam z zestawem podręczników, notatkami do egzaminu i skryptami z ćwiczeń przed sesją letnią, a potem zimową.

Przez rok po skończeniu 5-tego roku spokojnie pisałam pracę magisterską. Przeprowadzałam testy, obliczałam statystyczne wskaźniki, zbierałam dane, wolne dni spędzałam w czytelni. Obroniłam się na 5 i odebrałam teczkę z dyplomem. Owszem, mogłabym pracę „kupić”, to nie trudne i nawet studenci „państwowych uczelni” tak robią, ale po co? Wolałam satysfakcję z tego, że 5 lat bez wakacji, oszczędności przelewane na konto uczelni z opisem w tytule przelewu „czesne”, nie poszły na marne i nieprzespane noce przed egzaminami jednak miały czemuś służyć. Nie tylko praca magisterska tworzy magistra, ale 5 lat zakuwania i poświęceń, tak odbieram moje zaoczne studia.

Nie mieszkałam w akademiku, nie przeżyłam korytarzowych imprez i życia na chińskich zupkach. Nie pojechałam na Erasmusa, nie wciągałam się na bezpłatne praktyki w korporacjach żeby zdobyć doświadczenie. Podczas gdy znajomi kończyli dzienne studia i zatrudniali się do pracy na barze, próbując wbić jakkolwiek na rynek pracy na każdym stanowisku wymagający kilkuletniego doswiadczenia, ja miałam w CV już kilka miejsc pracy i referencji oraz w miarę stabilne biurko i komputer w szklanym biurowcu :) Nie leciałam do Wielkiej Brytanii na zmywak ani do Holandii na truskawki, zamiast tego opłacałam swoje kursy językowe i zajęcia taneczne.

Nie wyciągałam rączki do rodziców po pieniążki na akademik czy jedzenie. Owszem, może wiele straciłam z tak zwanej studenckiej młodości. Nie zaczerpnęłam życia „pełną gębą” i nie sprawdziłam alkoholowej pojemności organizmu na akademickich juwenaliach. Zdobyłam jednak doświadczenie i dystans pomiędzy marzeniami a realiami życia. Osiągnęłam satysfakcję z tego, że doszłam do wszystkiego sama, własną pracą, wieczorami nad książkami, nieprzespanymi podczas sesji nocami i pierwszymi potyczkami w pracy.

Nikt mi więc nie powie, nie wmówi, że jestem wybierającym najkrótszą drogę „głąbem” o ptasim móżdżku, który za pieniążki kupuje papier mający być wskaźnikiem jego pseudointeligencji.

Artykuł do kawy: http://ciekawe.onet.pl/aktualnosci/edukacja/prace-magisterskie-na-zamowienie-czyli-tworcy-magi,2,5648984,artykul.html

Jestem ciekawa Waszego zdania.

mgr

One comment on “Studenci prywatnych uczelni jako pseudointeligentne ptasie móżdżki?
  1. Myślę, że zarówno prywatne, jak i państwowe uczelnie bywają dobre i słabe. Studiuję w państwowej uczelni, wg rankingów na podium wśród najlepszych w Polsce, kierunek techniczny. Pierwszy stopień ukończyłam w trybie dziennym, jednak drugi zdecydowałam się kontynuować zaocznie, co umożliwiło mi wykonywanie pracy na pełny etat w wymarzonym zawodzie. W międzyczasie zrobiłam sobie rok przerwy od studiów i przez cały ten czas pracowałam i zdobywałam doświadczenie. Mam więc porównanie, dlatego się wypowiem :) Na studiach zaocznych materiał jest okrojony w porównaniu do studiów dziennych, ze względu na mniejszą ilość godzin, jednak (przynajmniej na mojej uczelni) to co najważniejsze i najbardziej przydatne, zostaje w programie. Poza tym, w moim przypadku, DUŻO WIĘCEJ nauczyłam się sama z książek i z Internetu oraz w pracy, niż na uczelni, więc tutaj wnioski pozostawiam innym. Ja osobiście jestem zadowolona ze swoich decyzji, widzę, że było warto i to jest moim zdaniem najważniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>