Słoikowe nagonki a babciny bigosik – Warszawa kontra reszta.

Rozumiecie coś z nagonki na słoiki?

Ja niekoniecznie…. Kwaszone, małosolne, konserwowe ogórki, papryka, sałatki ze słoików bardzo mi smakują, nie widzę więc w nich nic złego ;)

A tak na poważnie. Napiszcie szczerze. Znacie kogoś „czystej warszawskiej krwi”? Ja nie… Prawdziwym „Warszawiakiem” nie jest ktoś, kto tutaj się urodził, ale osoba, której oboje rodzice i ich rodzice oraz babcie i prababcie, dziadkowie wszyscy możliwi również urodzili się i w stolicy mieszkali. Poza tym, nie mówi się „Warszawiak”, ale „Warszawianin”.

Ja urodziłam się w Warszawie, tutaj wychowałam, skończyłam szkoły, połamałam ręce na betonowym podwórku i zacinałam w windzie w bloku z wielkiej płyty. Moi rodzice już nie, ale jeden z dziadków, tak. Urodził się i wychował na warszawskich Szmulkach. Potrafił mówić prawdziwą warszawską gwarą, a bazar Różyckiego był dla niego czymś więcej niż „centrum tanich skarpetek”. Warszawę pamiętał z czasów okupacji i po niej, a historie o tym jak kiedyś wyglądało miasto, opowiadane przy wieczornej herbacie, do dzisiaj siedzą w mojej głowie. Czy to czyni mnie Warszawianką? Nie, gdyby zastosować się do definicji.

Nie jestem Warszawianką rodowitą, ale Warszawianką się czuję. Z miastem się utożsamiam i ciężko mi wyobrazić sobie życie poza nim. Uważam, że o to właśnie w byciu Warszawiakiem chodzi. Tu mam większość znajomych, rodzinę i przyjaciół. Odwiedzam ulubione knajpki na Krakowskim Przedmieściu i nabieram sił podczas spaceru w Królewskich Łazienkach. Z rzeczy bardziej przyziemnych, w stolicy rozliczam podatki, zamiast w mieście 300km stąd (to jedyne „ale” jakie mam do słoików).

Na antysłoikizm patrzę z innej strony. Mnie migracja do Warszawy wręcz cieszy. Moje miasto jest dla niektórych niczym „american dream”, żyją nadzieją na znalezienie tu pracy, życie w wielkim mieście, bieg z kawą z „kofihewen” do metra, autobusowe przesiadki, nieokiełznane miejskie odległości i konieczne zakupy w Zarze.
Miejsce, w którym żyję od urodzenia jak magnes przyciąga ludzi z całego kraju, jest dla nich celem, szansą, a to jeszcze bardziej podbudowuje moją dumę z bycia stąd, bycia tu i teraz.

Nie interesuje mnie to czy ktoś pochodzi z Białegostoku, Siedlec, Radomia, Łodzi, Szczecina. Ja jestem Polką, Ty Polakiem, to mi wystarczy a i do obcokrajowców nie mam nic złego do powiedzenia. Nie rozumiem podziałów, kłótni, wywyższania się. Czy moje podejście jest dziwne?

Gorzej! większość wakacji spędzałam w Siedlcach u babci. Do tej pory tęsknię za smakiem tamtejszego pieczywa i serkami homogenizowanymi, których w Warszawie nigdzie nie mogę dostać. Czy w ten sposób zdradzam moje miasto? Pochodzę stąd a od babci wracałam zaciągając śpiewnie „po podlasku” i ze stertą słoików w torbie, z babcinymi pierogami i bigosem. Po odwiedzinach u rodziny z pod siedleckiej wsi, wiozłam ze sobą jeszcze ciepłe krowie mleko, świeżo pieczony chleb i soczyste zielone jabłka z wujkowego drzewa i zrobiłabym to ponownie gdyby okazja ku temu się trafiła!

O! Tak Wam antysłoikowi powiem!

 

 

One comment on “Słoikowe nagonki a babciny bigosik – Warszawa kontra reszta.
  1. Ja mieszkam od urodzenia we Wrocławiu, mój tata też się tu urodził i wychował. Ale mama jest przyjezdna, dziadkowie od strony taty też. U nas nie ma jakieś takiej nagonki na słoików, chociaż od razu widać, kto miejscowy a kto nie. Słoiki sa takie podniecone wielkim miastem, zachowują sie jak zwierze trzymane przez wiele lat w klatce i wypuszczone na wolność. Wszystkim się zachwycają, a dla mnie to codzienność która nam od 20 lat. Ale nie uważam się za lepszą, wręcz przeciwnie- podziwiam ich bo wiem, że mi by się nie chciało wyrwać w większy świat, bałabym się i nie umiała się odnaleźć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>