Pracuj i nie choruj lub choruj i nie pracuj. Przygody z NFZ.

Patrzyłam tępo w szybę i mocno zaciskając i ponownie otwierając oczy starałam wymazać obraz mojej pięści uderzającej w szklaną ścianę. Wrażenie, że za chwilę to zrobię było tak realne, że usiadłam, próbując skupić całą energię na zaciskaniu poręczy niebieskiego fotela…
Takie odczucia miałam po siódmym telefonie do szacownych polskich instytucji medycznych.
Pierwszą sytuację uznałam za nieszczęśliwy przypadek, pech, krążące za mną od pewnego czasu głupie fatum. Jako Zosia Samosia doszłam do tego momentu, w którym uznałam, że jednak potrzebuję pomocy. Krzyczał to zmęczony organizm, podgrążone oczy i otępiały umysł, który nie dopuszczał do siebie żadnego innego chcę poza: „ryczeć chcę”, „pod samochód chcę”, „nie chcę”.
Mając na uwadze moje wynagrodzenie, z którego tak skrupulatnie odprowadzane są wszelkiego rodzaju składki na wspierający nas fundusz zdrowia, postanowiłam zadzwonić do klinik mających kontrakt z NFZ. Potrzebowałam Psychiatry, leków, czegokolwiek co mnie wyciszy tu, teraz, jak najszybciej, bo kolejne dni będą tylko gorsze.
W dziesięciu miejscach otrzymałam terminy wizyty na, UWAGA, za trzy miesiące. Miałam więc wyjście, poczekać, dobić się, załamać do końca, sięgnąć w końcu po tabletki, albo lepiej, pociąć się zimnym, przyjemnym w dotyku ostrzem noża, trafić na SOR, zostać przyjętą na oddział i przejść natychmiastową miesięczną terapię. Innego wyjścia, mimo uruchomienia wszystkich szarych komórek, nie widziałam.
Ostatecznie, i na szczęście, udało mi się pożyczyć pieniądze i zapisać prywatnie na trmin, za trzy DNI.
Diagnoza wesoła nie była, bo dostałam skierowanie na terapię z informacją żeby z tym nie czekać, zacząć jak najszybciej, przepracować, przegadać, innego wyjścia nie ma.
I tu nastąpił cud, bo na terapię dostałam się w ciągu miesiąca i to w godzinach, zaraz po pracy, raz w tygodniu, do wspaniałej terapeutki, której mogłam zaufać i pod jej okiem zmieniać się na lepsze. Pierwsze efekty otoczenie widziało już po miesiącu. Uśmiech, zmiana stylu życia, wyjście do ludzi, omijanie weekendowej pościeli i płaczu do poduszki.
Szczęścia było jednak za dużo, bo nagle z przyczyn niezależnych, przychodnia musiała zamiast indywidualnych pacjentów, w grafik wstawić grupy.
Spokojnie więc pytam o inne dni przyjęć a Pani na Recepcji równie spokojnie odpowiada mi, że w tygodniu od 9:00 do 16:00. Dziękuję więc za terapię, bo nie znam firmy, która zgodzi się na to aby pracownik „zwalniał” się raz w tygodniu o 15:00 przez minimum rok czasu.
Nie poddając się poprosiłam o kopię karty i rozpoczęłam poszukiwania.
Ośrodków z umowami z funduszem w Warszawie sporo, rozpoczęłam więc „relaksującą” serię telefonów.
Miejsce 1:
-Nie, nie, my zapisów nie przyjmujemy już
- Rozumiem, a kiedy mogą je Państwo wznowić?
-Nie wiem, odpowiada Pani z Recepcji głosem rodem „peerelowskiej piguły”, proszę dzwonić
Miejsce 2:
- Tak tak, mamy terapię, czas oczekiwania od tygodnia do miesiąca
- Super, odpowiadam rozradowana swoim szczęściem, a w jakich godzinach?
- 08:00 – 15:00
Miejsce 3:
- godziny przyjęć na terapię indywidualną to 08:00 – 16:00, ale może grupa? mamy grupy, później
- a w jakich godzinach?
- o 17:00
Miejsce 4
- Terapeuci przyjmują do godziny 16:00
- tu już wybuchłam – przepraszam, ja do Pani nie żywię urazy, ale mam pytanie, kto z tych terapii korzysta? Licealiści czy emeryci? Bo widzi Pani, żeby składki mi skądś odprowadzano, muszę pracować na etat, a większość firm w tym mieście pracuje do godziny 16:00, 17:00, ja pracuję do 17:00.  Mam zrezygnować z pracy, zwolnić się? To nie jest jedna wizyta, ale kilkanaście sesji i jak Pani wie, ważne aby odbywały się regularnie raz w tygodniu, stąd moje pytanie, kto z pracujących w tym mieście ludzi z nich korzysta?
- nie wiem, na NFZ proszę dzwonić. I tu Pani równie empatycznym tonem podała mi numer infolinii.

O kolejnych trzech miejscach nie chce mi się już nawet pisać. Zastanawia mnie to. Po co płacę składki skoro żeby skorzystać z wizyty u lekarza muszę wychodzić wcześniej z pracy lub się z niej zwalniać? A może terapia jest tylko dla siedzących w domu matek z dziećmi i emerytów? A może powinnam doprowadzić się do takiego stanu, że skorzystam z pomocy, na zwolnieniu lekarskim od psychiatry i na mocnych psychotropach?
Na prywatne wizyty mnie nie stać, nie mam prawie 600 złotych miesięcznie żeby wyjść na prostą psychiczną. I jeszcze bardziej wkurza mnie cała ta promocja zdrowia, artykuły o depresji, rady o tym żeby działać jak najwcześniej, nie dopuścić do rozwoju „choroby”, przewidywać, wziąć się w garść, nie wstydzić się prosić o pomoc. Wstydziłam się, przełamałam się, idąc za radami postanowiłam o siebie zawalczyć, walka zakończyła się rozgruchotaniem pięści o zimną, szarą ścianę.

Biedny człowieku nie choruj, bogaty – też nie – zbiedniejesz.
Chory człowieku do lekarza nie idź, zniknij, schowaj się, poddaj.

O, takie moje przemyślenia na dziś.

n

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>