polsko – kubański DLACZEGO poleciałam do Hawany?

W taką pogodę jak dzisiaj, intensywnie wracam myślami do rodziny w Hawanie.

Dzielące nas tysiące kilometrów tylko wzmagają uczucie tęsknoty i sentymentu.

Nie potrafię odgonić od siebie intensywnych wspomnień.

0dczuć, kłucia w sercu, łaskotania w żołądku, słonego zapachu plaży, słodkiego aromatu powietrza, ale i specyficznego zapachu miejskich spalin i kurzu miasta, dawno zatraconego w swojej własnej historii.

Czasami zastanawiam się skąd było we mnie tyle siły, samozaparcia, niesłychanego i nie złamanego uporu w dążeniu do celu.

Czy uczucie do drugiego człowieka aż tak dodaje skrzydeł?
Byliśmy ze sobą niecałe 10 miesięcy, mieszkaliśmy w wynajętym pokoju w Centrum miasta i komuna, czyli mieszkanie z przyjaciółmi, zupełnie nam nie przeszkadzało.
Czy to naprawdę odpowiednia ilość czasu aby poznać kogoś na tyle żeby móc rzucić wszystko na jedną szalę?
Czy w tak krótkim czasie można odpowiednio poznać drugiego człowieka? Uszczypnąć wszystkie jego słabości i poznać mocne strony?

Uodporniłam się nawet na nieprzychylne komentarze słyszane w dużym i teoretycznie tolerancyjnym mieście.

Czułam na nas spojrzenia starszych osób kiedy jechaliśmy autobusem trzymając się za ręce.
Często docierały do nas wulgarne komentarze „katolickiej młodzieży”, kiedy byliśmy na spacerze w parku albo nieświadomie trafiliśmy w okolice jakiegoś marszu lub demonstracji.

Kiedy odwiedzaliśmy rodzinę w małym (chociaż kiedyś powiatowym) mieście, ludzie oglądali się za nami, zupełnie nie ukrywając gapiowskiego zainteresowania.

Złościło mnie to, denerwowało, ale nie wpłynęło na moje uczucia do R ani nie zmniejszało zaangażowania w związek.
Wystarczyło mi do szczęścia to, że się rozumiemy, całą sobą chłonęłam otwartość R na życie, zainteresowanie światem, szczerość w okazywaniu uczuć od radości po smutek.

Zdawałam sobie sprawę z różnic, dla niektórych, ogromnych.

Liczyłam się z tym, że R nigdy nie będzie ulizanym facetem w kartonie ,zmierzającym co rano do korporacji.
Byłam świadoma tego, że ma duszę artysty i obce mu są wizyty w urzędzie skarbowym lub biurach podawczych.
Widziałam, że wiele musi się o życiu w PL nauczyć, że na Kubie nie ma automatów biletowych w autobusach, kart dotykowych, pięćdziesięciu różnych banków, lokat terminowych, samonastawiających się pralek, mikrofali w każdym domu, plazmy w większości mieszkań, ruchomych schodów, rowerów miejskich, hipermarketów, jogurtów naturalnych, barszczu czerwonego i wielu innych rzeczy, które nie sądziłam, że jeszcze mogą kogokolwiek dziwić.

Jego odmienność, pochodzenie z zupełnie innego świata, patrzenie na to co dotąd nieznane z zafascynowaniem i radością dziecka, odbieranie życia takim jakie jest, przyjmowanie go w niewymuszonej prostej formie bez doszukiwania, tłumaczeń i domysłów, jeszcze bardziej mnie do niego przyciągało.

Do dzisiaj pamiętam rozmowę w konsulacie i kotłujące się we mnie emocje.

Jak tylko padły słowa: R musi wrócić na Kubę, nie ma możliwości przedłużenia pobytu, musi wrócić i stamtąd starać się o powrót. Doskonale wiedziałam, że to zapewne droga w jedną stronę, ze po przekroczeniu terminu wizy (a na bilet od razu nie było nas stać) dostanie w paszporcie pieczątkę z napisem „deportacja”.

Urzędniczy paragraf przekreśli szansę na zobaczenie go przez nawet 5 lat.
Czułam jak na barkach osiada mi wielki, chropowaty głaz. Jak ciągnę za sobą stado wspomnień, które nigdy więcej się nie zdarzą.
I ta gula w gardle utrudniająca jedzenie, mówienie… uciskająca i pulsująca niemiłosiernie w rytm oczekiwań i żalu.

Pamiętam jak dzień przed pożegnaniem płakaliśmy tuląc się na rozkładanej sofie w wynajętym mieszkaniu.

Jak powoli otaczała mnie plastikowa bańka, dzięki której wszystko wokół wydawało się nierealne, nieprawdziwe.
W nocy patrzyłam tępo w sufit aż ciemna plama zamieniała się w obrazy wspólnych wspomnień, jak kadry z filmu, który ktoś zaraz utnie i wyrzuci do kosza.

Nie pamiętam drogi na lotnisko, tak jakby ten kadr ktoś wyciął. Pamiętam za to dyskusję przy check-in i informację, że R nie wpuszczą na pokład, bo wiza po terminie, po brak stempelka kubańskiego, bo polskiego. Jak z furią w oczach weszłam do pokoju służby ochrony lotniska i dopiero wyjaśnienia mężczyzny w zielonym uniformie i racjonalne pokazanie możliwych rozwiązań, powstrzymały mnie od ataku paniki i płaczu.

Jak dziękowałam wyższej sile, że parę dni wcześniej wzięłam kredyt i spłaciłam kartę kredytową, która teraz uratowała nas wymaganymi 500 euro umożliwiającymi pominięcie sprawy deportacyjnego stempla.
Jak modliłam się przed bankomatem żeby zaakceptował i widział debet na mojej karcie, a potem w drodze do kantoru, o brak kolejki, bo do zamknięcia bramek było już tylko poł godziny.

Emocje, stres, napięcie, bieg do security 15 minut przed ostatecznym zamknięciem bramek. Szybki pocałunek na pożegnanie, bieg, krótkie spojrzenie za siebie i postać znikająca za zakrętem w lotniskowych korytarzach.
I to uczucie jak głaz zsuwa się z ramion i zamienia w piasek pod nogami, a nogi grzęzną w nim w samotnej drodze powrotnej do autobusu.

Bodźce z otoczenia zniknęły, byłam ja i moja bańka.
Usiadłam w 190 i gapiłam tępo przez okno, sygnał komórki, 
halo ? – Kocham Cię, zaraz startujemy. – kocham.

Droga do domu, klucz w drzwi, drzwi do pokoju. Usiadłam na łóżku, rozejrzałam po podłodze i na widok porozrzucanych w pospiechu ubrań R rozryczałam jak dziecko.
Kolejne dni upłynęły na szykowaniu przeprowadzki, pakowaniu pudeł i ogarnianiu mieszkania. Rozgardiasz wywołany zmianą adresu, skutecznie odciągał moje myśli od R i czekających mnie biurokratycznych wędrówek.

Jak tylko dowiedzieliśmy się o konieczności powrotu na Kubę, z konsolidacji kredytu studenckiego, niewiele myśląc zarezerwowałam i wykupiłam bilet dla siebie do Hawany,

Czekało nas ponad pół roku rozłąki, ale był to wystarczający czas na zorganizowanie dokumentacji niezbędnej do wzięcia ślubu na wyspie.

Tak, decyzja o ślubie też zapadła, nie wiem skąd wtedy we mnie ta pewność, że to z nim chcę spędzić resztę życia.
Nie myślałam o tym, że rodzina nie pojedzie ze mną, że lecę w ciemno nie znając nawet rodziny R, nie wiedząc jak mieszka a adres jego domu znając jedynie z google maps.
To nie było istotne, najważniejsze, że mieliśmy być razem, tylko to się wtedy liczyło. Romantyczne, prawda?

Niestety załatwianie niezbędnej dokumentacji już tak wzniosłe i uczuciowe nie było.
Sterty formularzy, dziesiątki urzędów, tłumaczeń, zgód (włącznie z zaświadczeniem o tym, że przypadkiem nie mam w PL jakiegoś męża), potwierdzeń przez przysięgłych tłumaczy, urzędy polskie, konsulat kubański i niepowstrzymany upływ pieniędzy na pieczątki, stemple, podpisy, wydruki.

Odetchnęłam dopiero po kilku miesiącach jak wpięłam w skoroszyt ostatni przetłumaczony, bezsensowny druk i zaakceptowane przez konsulat potwierdzenie trzech dni noclegu w Hawanie.
Co z tego, że leciałam do przyszłego męża, musiałam opłacić nocleg, bo teoretycznie nie mogę mieszkać u znajomego tudzież jeszcze nie męża!

Przez pół roku załatwiania formalności, i kontaktowania się mailowo raz w tygodniu (tylko jedna osoba ma w rodzinie dostęp do maila) i telefonów raz w miesiącu na dwie minuty (minuta połączenia to ponad 10 zł), czekałam. Starałam się skupić myśli na zajęciach tanecznych, załatwianiu formalności, ale i tak co wieczór pojawiały się kadry z dobrze mi już znanego filmu a łzy bezwolnie spływały po policzkach.

Łóżko było dla mnie za duże a i tak spałam tylko po „swojej stronie”.

Czułam przytłaczającą ze wszystkich stron samotność i lęk pukający nieustannie w stworzoną przeze mnie bańkę.

Zmierzałam się ze „szczerością” „przyjaciół” pocieszających mnie i poklepujących po ramieniu z głośnym - będzie dobrze, trzymam za was kciuki -  na ustach i cichym –idiotka podejmująca bezmyślne decyzje, głupio zakochana w na pewno niewiernym kubańczyku – za plecami. Z własnymi demonami i myślami.

W przeżyciu tego czasu, o dziwo, pomogła mi praca. Szefowa na długoterminowym zwolnieniu lekarskim = Ja+ 8 godzin to za mało.
Często byłam tak zabiegana, że zapominałam o śniadaniu i obiedzie a z biura wychodziłam najwcześniej o godzinie 19:00. Wbrew pozorom wyszły z tego same plusy czyli minus parę kilo i wrażenie szybciej upływającego czasu.

Dwa dni przed wylotem pięć razy dziennie rozpakowywałam i pakowałam ponownie dwie  walizki i podręczną torbę.

Sama zapakowałam się w walizkę w kwiaty a czarną walizę na kółkach załadowałam prezentami, ubraniami, kosmetykami i innymi rzeczami dla rodziny. Biegałam od sklepu do sklepu i dokupowałam jeszcze drobiazgi mogące znaleźć miejsce w torbie.

Ostatecznie na początku kwietnia o 3 nad ranem stałam przy wadze na terminalu lotniska z dwoma walizkami po 22 kg i podręcznym bagażem wagi kilo 10.

Po nieprzespanej z wrażenia nocy sama sobie dziwiłam się z ilości buzującej we mnie energii. Ostatni check-in, kawa za 10 zł, zakup książki na drogę i załadowałam się na pokład małego samolotu w kierunku Amsterdamu.

Spędziłam na Schiphol 6 godzin (zamiast planowanych 4) wzbogacając się o perfumy, zestaw z Big Maca i wciągnięcie kilku rozdziałów nowej książki z przerwami na papierosa w zadymionych lotniskowych palarniach.

Dopiero jak wsiadłam na pokład docelowego samolotu i wcisnęłam (z nie lada wysiłkiem) torbę do schowka, uczucie zmęczenia ogarnęło całe ciało od małego palca u nogi po płatki uszu.

Czułam nieodpartą chęć przespania podróży, chciałam aby te kilkanaście godzin upłynęło jak najszybciej.

Tęsknota i oczekiwanie rozpierały mnie od środka, targały sercem, łaskotały żołądek, pulsowały w skroniach.
Na moje szczęście i nie, obok siedział starszy Kubańczyk, obwieszony złotem na szyi i z ośmioma pierścieniami na palcach (oczywiście złotymi). Zdążyłam usłyszeć o jego pobycie w Afryce, o tym co robił, dokąd zmierza, jakie ma życiowe plany, kim jest z zawodu, ile ma dzieci, ciotek, kuzynów i kuzynek… zanim zrozumiał aluzję, że pomimo sympatii jaką zdążyłam go obdarzyć, najchętniej poczytałabym książkę lub zasnęła.

Podróż mimo nieprzyjemnej obsługi mijała spokojnie. Dziwiło mnie to, że linia, w której przelot kosztował mnie prawie 4 tys zł, oferuje na cały „przedział” dwa telewizorki wiszące pod sufitem. Zamiast obiecanych filmów leciały kulinarne programy podróżnicze, a w przerwach stewardessy oferowały zakup paczki czipsów po 4 euro! Lub czekolad i cukierków w równie holendarnych cenach.

Na pytanie mojego współtowarzysza podróży o nową butelkę wody mineralnej, odpowiedź brzmiała „tam jest kran, proszę iść sobie nalać”. Moja prośba o nowe słuchawki (te, które otrzymałam okazały się zepsute) poskutkowała 2 godzinnym czekaniem i przyniesieniem kolejnych zepsutych słuchawek! Na szczęście moje zmęczenie po emocjach ostatnich przygotowań do wylotu pozwoliło przespać większość podróży.

Podczas lądowania zachłannie próbowałam objąć wzrokiem widoczną z góry wyspę, myśli przebiegały mi przez głowę jak stado szarańczy pożerające umiejętność skupienia się na czymkolwiek innym niż na jak najszybszym dotarciu do wyjścia z terminala. ,

Powoli docierało do mnie, że właśnie spełnia się moje marzenie i nie tylko zobaczę słynną z tańca, muzyki, rumu i cygar wyspę, ale jeszcze wyjdę za mąż!

Ostatnie kołowanie, hamulce, podstawienie kaptura, powolne wygrzebywanie się pasażerów z podręcznymi bagażami.

Już po wejściu do korytarza czułam coś innego, coś czego nigdy w życiu nie odebrały wcześniej moje zmysły, nie docierało do mnie jeszcze tylko co to jest, poza uderzeniem letniego tropikalnego ciepła.

Przeprawa ciągnęła się w nieskończoność, gigantyczna kolejka do odprawy celnej, stempelek, zdjęcie (i tu ta technika dotarła) oczekiwanie na bagaż wypluwany przez mini taśmę i z bagażami wrzuconymi na lotniskowy wózek powoli zmierzam do drzwi wyjściowych.

Nagle zaczęłam zwalniać - czy czeka? Jak wygląda? Czy się zmienił? Jak zareaguje? Czy ja Naprawdę tu teraz jestem?

Ostrożnie manewrując wózkiem podjechałam do rozsuwanych drzwi, nabrałam 3 głębokie wdechy i ruszyłam przed siebie.

hav

5 comments on “polsko – kubański DLACZEGO poleciałam do Hawany?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>