Podstawówka, liceum, żale, radości, wspomnienia. Dorastanie i pogodzenie.

Budzę się, przecieram oczy, przeciągam. Kot leniwie opiera się o mój policzek białą łapką i mruczy cicho nie wychodząc z fazy Rem.
Wysuwam nogę spod kołdry, brrrr jesień, wyglądam za okno, szaro, mgliście, mokro. Zastanawiam się przez chwilę czy nie oddać się sennej otchłani jeszcze przez pięć minut, ale rozsądnie stwierdzam, że to zadanie w moim wydaniu jest niewykonalne. 
R. pochrapuje cicho nieświadomie zachęcając mnie do powrotu w objęcia miękkiej białej poduszki. Wysupłuję się z kołder i prześcieradeł i zmierzam w kierunku aneksu kuchennego.

Poranny automat, wlewam pół dzbanka wody, odmierzam 4-5 łyżek nierozpuszczalnej, wstawiam ekspres i zmierzam w towarzystwie kocura do łazienki. Wskakuję pod prysznic, kocur spogląda posępnie z jednoznacznym, pogardliwym spojrzeniem i zdaniem dieta, dieta, pańcia dieta wymalowanym na biało, brązowym pyszczku. Ignoruję ten koci pomruk, sięgam po ręcznik, waniliowe masło do ciała i po 10 minutach jestem gotowa.

Sączę nierozpuszczalną i spoglądam za firankę. W oknach białych bloczków zapalają się kolejne światła. Przez poranne przebudzenie przechodzą rodzinne gniazda sąsiadów. Dzieci jedzą reklamowane płatki, rodzice krzątają się po kuchniach i pokojach.
Kot ociera się o moje ciemne spodnie (dziwne, o jasne mniej chętnie mu to idzie) i po pozostawieniu odpowiedniej ilości białej sierści na moich nogawkach, głośno domaga się mokrej karmy, co chwilę podchodząc do szafki pod blatem.

Wykładam pół saszetki mokrej karmy na spodeczek Fernando i pozostałą do miseczki Carmelity. Zwierzaki pałaszują śniadanie a ja zbieram się do wyjścia.

Powoli otwieram drzwi klatki schodowej, uderza we mnie zapach mokrych liści, rześkiego powietrza i nocnego deszczu. Jest mgliście i szaro, latarnie wciąż się świecą. Wsiadam do niskopodłogowca i wbijam w ścianę gimnazjalnego tłumu. W mojej głowie pojawiają się obrazy z dzieciństwa, głównie z czasów szkolnych, z podstawówki i liceum.

Jesień wiązała się zawsze z planami, rozpoczynaniem od nowa.
Do dziś pamiętam uśmiech wywołany przez zapach nowych zeszytów, które oprawiałam w plakaty z Bravo i Popcornu, intensywny zapach druku błyszczących podręczników, długopisy, idealnie fabrycznie utemperowane kredki w niepogiętym kartoniku w kolorowe obrazki, kredki Bambino, bloki techniczne i zwykłe, papier kolorowy z matowymi i błyszczącymi kartkami, jeszcze aksamitne gumki do ścierania i nie upaćkane atramentem linijki.
Plastelina, kolorowa w idealnych słupkach, we wszystkich kolorach tęczy, modelina, pędzelki, farby akwarelowe i plakatowe taaak, w tym roku postaram się o czerwony pasek, będę systematyczna i zorganizowana, nie przepiszę ani jednego zeszytu, od początku będę się starać!.

Podstawówka to przeżycie mocno intensywne. Do tej pory z tego okresu mam najwyraźniejsze wspomnienia, może wynika to z tego, że świat 7-14 latki wciąż nie jest do końca odkryty?

sp1

Klasa 0
Wyglądamy z koleżanką przez okno oczekując przyjścia rodziców. Rozmawiając, ukradkiem rozpuszczamy na kaloryferze kawałek plasteliny. Robimy to obie, śmiejąc się, chichocząc. Potem koleżanka (świnia!) donosi na mnie wychowawczyni i ja ląduję w kącie za karę!

Przerwa, pałaszuję bułkę z masłem i wędliną, po powrocie do domu okazuje się, że razem z bułką, niezauważenie zjadłam mlecznego zęba.

Klasa 1
Uparcie kaligrafuję wiecznym piórem litery w zeszycie w trzy linie, A, A, A, a , a, a. W pełnym skupieniu tworzę szlaczki na końcu strony. Pomaga mi czasem mama, malując muchomorki i kwiatki. Potem, raz w miesiącu karze mi przepisać zeszyt twierdząc, że piszę jak kura pazurem, i tak 10 razy w ciągu roku szkolnego.

Przerwa, biegamy jak szaleni po korytarzu bawiąc się w berka, przytrzymywanie drzwi do klasy (dzieci w środku pchają żeby się wydostać a te na zewnątrz, pchają żeby im to uniemożliwić). Ukradkiem przebiegamy przez piętro wyżej należące do starszych. Rany Piotrek, wszyscy tacy wysocy i jacyś wyrośnięci.sp

Co chwilę mam zajady na ustach, mama kroi mi kanapki do szkoły w kosteczkę, w plecaku mam też mały termos z herbatą. Zazdroszczę M., bo jemu mama zawsze daje jeszcze herbatniki i kilka biszkoptów.
W trakcie lekcji robimy przerwę, wkręcamy żaróweczki. Patrzę na wychowawczynię, Panią E, z uwielbieniem, ma idealnie skrojony łososiowy kostium i blond włosy. Lubię ją.

Klasa 2
Dodaję i liczę, 2+2, 4+4, zapisuję wszystko skrzętnie w zeszycie.
Czytamy czytanki o Ali, kotkach, dniu babci i dziadka. Rzędami i ławkami, każdy czyta po dwa zdania a ja, z niecierpliwością czekam na swoją kolej próbując wyliczyć, które zdanie wypadnie na mnie.

Przychodzi do nas pani z radia i nagrywa wypowiedzi dzieci, życzenia z okazji dnia babci. Ja rezolutnie dziękuję babci do mikrofonu za różowe kapcie.

Nie rozumiem czemu pani E. zawsze zachwyca się nad dziewczynką o imieniu P.  P tak ślicznie maluje, śpiewa i recytuje wierszyki, bierzcie przykład z P.

Do domu ze szkoły wracam już sama, w sklepiku kupuję czekoladowe draże lub andruty, czasem oranżadkę w wąskiej podłużnej saszetce. Podśpiewując idę do domu, po drodze zbieram kasztany i kolorowe liście. Liście do szkoły, następnego dnia będą potrzebne na lekcję plastyki, kasztany – do domu, liczę na to, że m. kiedyś ze mną zrobi te fajne ludziki z kasztanów i zapałek.
Znoszę worek kasztanów do domu, m. mówi, że jestem głupia i po co to zbieram, tylko śmietnik z domu robię. 
Przecież zrobimy ludziki…. ona tylko się ze mnie śmieje – też sobie nawymyślałaś.

oranzdraze

Chcę wyjść na podwórko, mam nakaz wzięcia brata, nienawidzę go, tak bardzo go nienawidzę, zostaję w domu.

W nocy rozkopuję kołdrę, m. na pewno przyjdzie i poprawi, a potem pogłaszcze po głowie. Prawie zasypiam, m. wchodzi do pokoju, poprawia kołdrę brata, całuje go w czoło i wychodzi.
Siadam na łóżku i płaczę, przez przedpokój przechodzi tata, słyszę jak za ścianą po cichu prosi m. żeby ze mną porozmawiała, przytuliła i zapytała co się stało. – daj mi spokój, coś sobie nawymyślała, tylko udaje – słyszy w odpowiedzi.

Idziemy całą klasą do cyrku, właśnie przyjechał na Warszawski Mokotów, Ustawiamy się w parach przed wejściem do szkoły. Pani sprawdza czy wszyscy mają bilety. Idziemy do autobusu, całą klasą wsiadamy do wysokiego, czerwonego przegubowca z ciemnobrązowymi „skórzanymi” siedzeniami. Dojeżdżamy na miejsce, rozsiadamy się w drugim rzędzie w okół areny. Klauny biegają, jest nawet lew, jest super. Z zapałem opowiadam o przygodzie w domu. Nie słychać wielkiego entuzjazmu, bo młodszy ode mnie o 5 lat G. akurat narysował piękny obrazek 3-latka i m. zachwyca się nad jego talentem plastycznym.

Wakacje, jedziemy do babci H. biegam jak szalona po podwórku ciesząc się latem, z koleżankami wspinam po drzewach, przełażę przez ogrodzenia ukraść trochę śliwek i zrywam z drzew mirabelki. Do domu wpadam po pęd kiełbasy, pajdę chleba i pomidora, którego wsuwam jak jabłko nie przejmując się sokiem ściekającym po dłoniach.
Wracam do domu niechętnie, razem ze zmierzchem.
Ciotka wraz z babcią zachwycają się G. recytującym wierszyk, próbuję coś powiedzieć, śmieją się ze mnie – ależ ty głupoty gadasz, głupie TO i jakie wredne! Kuzynka podśmiewuje się i razem z drugą cioteczną siostrą i braćmi przezywa i pokpiwa. Czekam tylko do rana, ucieknę na podwórko i będę znowu żyć!

Podwórko, mam opiekować się G. G biegnie, spada ze zjeżdżalni, obtłukuje sobie nos i z rykiem pędzi do babci.
Obrywam pasem w tyłek, nie wiem za co, ale nie mogę siedzieć.

Druga część wakacji, jadę do babci K.
O. pomaga przy obiedzie, – A Ty co? Nawet cebuli pokroić nie umiesz? O. to już sama ciasto upiec potrafi.
O. to w szkole na tańce chodzi, u O. to wychowawczyni powiedziała… O. ma takie długie włosy, jak aniołek. O. była na wycieczce, ona to całą Warszawę zna, bo z tatą jeździ… O. to… O. to, ale O. to, no przecież O. to.

Klasa 3
Pani wychowawczyni przechadza się po klasie i ocenia pismo, P. po setce pochwał otrzymuje zgodę na pisanie w zeszycie w jedną linię. Siedzę w pierwszej ławce, coś kaligrafujemy. Pokazuję Pani zeszyt, pytając czy tak może być, bo musiałam użyć korektora. Pani bez słowa bierze zeszyt, przekreśla wszystko i stawia pałę za brzydkie pismo. Mam łzy w oczach, potem płaczę.

Dyktando, ogórki, pazurki, szosy i żołędzie, dostaję 3 z dwoma, tata krzyczy na mnie, potem przez 2 tygodnie codziennie siada ze mną wieczorem i piszę w domu dyktanda, poprawiam ocenę na 5-.
Lekcja muzyki, mamy zaśpiewać piosenkę „ogórek, ogórek” na ocenę. Mam matowy głos, taka się urodziłam, próbuję wydobyć z niego wyższe nuty, dostaję 3 z dwoma. Po mnie śpiewa P., zaciąga dziwnie i gestykuluje, dostaje 6 i stertę pochwał. W końcu tatuś w Niemczech jest śpiewakiem operowym, na pewno P. talent po tatusiu ma.

Tabliczka mnożenia, tworzymy ją na kawałeczkach kartonu, rysując równe linie i wpisując cyferki. Po krótkiej instrukcji obsługi, do końca tygodnia mamy się jej nauczyć na pamięć. Ciężko mi idzie, kłamię rodzicom, że tego dnia basen jest o 13, uciekam lekcję wcześniej omijając klasówkę. Prawda wychodzi na jaw od E. nakablowała na mnie (świnia), tata krzyczy, potem przez dwa tygodnie siadamy co wieczór i odpytuje mnie z tabliczki mnożenia, z klasówki dostaję 5, tabliczkę mogę recytować w nocy na wyrywki.

Basen, chodzimy wokół w wodzie przytrzymując się poręczy, potem Pani karze zanurkować – trzymamy się poręczy i hop w dół, i kto dłużej wytrzyma – zanurzam buzię do połowy i dostaję ataku paniki, Pani krzyczy na mnie, wybiegam po zajęciach z płaczem. Więcej tam nie wracam. Do końca życia nikt nie nauczy mnie pływać, idę na dno, jak kłoda, atak paniki nadchodzi już jak zanurzam się w wodzie do pasa, do 8 klasy nie potrafię stanąć w kabinie prysznicowej pod strumieniem, duszę się jak tylko woda opryskuje mi twarz. Na koloniach nad jeziorem kulę się w łódce czując ogrom wody wokół mnie, mam to do dziś.

Ostatnia lekcja, szkoła jeszcze w tym roku pracuje na dwie zmiany przyjmując dowożone Ikarusami dzieci z Ursynowa, lekcje zaczęłam o 13:00, jest późno, za oknem szaro, prawie czarno. Na tle ciemnego nieba odbijają się białe korony drzew, alejka do biegania przy szkolnym boisku pokryta jest grubą, idealnie gładką warstwą puchu. Płatki śniegu osiadają na szybie. Śpiewamy „piękna nasza Polska cała”, potem ustawiamy krzesełka na ławkach i kończymy zajęcia.
Wracam do domu, mam cudowne buty, które mają światełka włączające się przy nacisku i śmieszną czapkę z puchem połączoną z szalikiem. Zimno mi, w kurtce zepsuł się suwak, mówiłam m., ale nie zwróciła na to uwagi. Otulam się, starając nie dopuścić zimna pod podszewkę.

Klasa 4
Lekcja matematyki
, przerabiamy zadania z nawiasami, nie rozumiem, P. podnosi rękę i mówi, że nie rozumie. Pani bierze ją do tablicy i z uśmiechem wszystko tłumaczy, całej klasie powtarzając żeby nie wstydzić się przyznać jeśli nie rozumiemy. Podnoszę rękę, dalej nie rozumiem, Pani patrzy na mnie znad okularów, tłumaczy w dwóch słowach i zostawia temat.

Tydzień później dostajemy pracę domową, P. podchodzi na początku lekcji i przyznaje, że nie umiała tego zrobić, Pani z uśmiechem docenia szczerość i mówi, że za to nie da jej minusa, bo przecież nie rozumie, trzeba wytłumaczyć.
Dostajemy kolejna pracę domową, nie umiem, nie rozumiem. Na początku lekcji podchodzę i mówię, że nie rozumiem, nie wiem jak, Pani wstawia mi w dziennik minusa za brak pracy domowej.

Przerwa, kółeczko dziewczyn, wymieniamy się na małe kolorowe karteczki z obrazkami, właśnie dostałam w prezencie nowy bloczek pachnących karteczek z królewną, jestem oblegana, do kolekcji wpada 15 nowych pojedynczych karteczek skrzętnie chowanych do albumu na zdjęcia.

Z obiegu wraca też do mnie zeszyt pytań z obrazkiem na pierwszej stronie i listą pytań (moda tamtych lat) typu: czy mnie lubisz, jaki jest Twój ulubiony kolor, co o mnie myślisz.
Koleżanka napisała: „Jesteś fajna, ale głupia”, nie rozumiem, mam łzy w oczach.
Wracam do domu, płaczę, tata głaszcze mnie po głowie i pyta co się stało – Nikt mnie nie lubi – wybąkuję przez łzy i płaczę dalej.

Siedzę na rozkładanym fotelu, uderzam dłonią o oparcie – ja jestem, ja istnieję, ja jestem, ja istnieję –czuję, że znikam, nie ma mnie, osiadam powoli w szklanej kuli. Przychodzi m., śmieje się, znowu sobie coś wymyśliłam.

Klasa 5
Zaczynamy uczyć się obcego języka, pada na niemiecki, z fascynacją wciskam do głowy nowe słowa, wyrażenia i odmiany czasowników. Lubię nauczycielkę, jest otwarta, miła, uśmiechnięta i konkretna, uosobienie ideału pedagogicznego.

Tłumaczy nam gramatykę, składnię, piszemy pierwsze opowiadania. Po 2 latach znam na tyle podstaw żeby przeprowadzić podstawową konwersację z obcokrajowcem.
Dom, kuzynka tłumaczy mi odmiany z niemieckiego do klasówki. Do pokoju wchodzi m: powinnaś być taka jak ona, studiować germanistykę i wygrywać olimpiady a ty co? Śmieje się i wychodzi.

Chemia, starsza wyjątkowo chuda kobieta, głos skrzypiący i groźny, dziewczynki mają siedzieć po lewej stronie sali, chłopcy po prawej. Te lekcje budzą największy strach i respekt, ale też po raz pierwszy samodzielnie tworzymy różne roztwory, czując się niemal jak w prawdziwym laboratorium.
A. (przyjaciółka P.) zostaje wezwana do tablicy, z gracją podchodzi z zeszytem i dzienniczkiem ucznia.
W trakcie pytań pojawia się nawiązanie do pająków i ich odmian (nie pamiętam skąd ten temat na chemii, chyba mieliśmy zastępstwo za biologię).
– No A. to co nam powiesz, znasz jakiegoś pająka, nazwę?
– eeeee
– no wykrztuś to z siebie wreszcie.
– szczupak?

Przerwa, gramy w gumę, zbiera się więcej osób więc ustawiamy się w kokardę. Odpadam dopiero przy wysokości do uda, koleżanka dochodzi do pasa. Na kolejnej przerwie mniej chętnych więc gramy w 5 osób, za mało na kokardę, gramy w smerfy, zaplątuję gumę między nogi i z półobrotu wskakuję na dwie linie przygniatając je do ziemi.
K. rozdaje zaproszenia na swoje urodziny, ja nie dostaję, nikt nie zaprasza mnie na urodziny.

Klasa 6
Po klasach krąży składka na szkolną kredę, na którą wiecznie brakuje pieniędzy. Zima, przez stare okna dmucha wiatr a woda skrapla się na szybie, część osób na lekcjach siedzi w rękawiczkach.

Lato, lekcje wf, bieg na kilometr, zziajane przebieramy się w szatni marząc o prysznicu, prysznic jest, owszem, zamknięty na klucz i nieużywany od 15-tu lat.

Kolega spada ze schodów, szkoła wzywa pogotowie, pielęgniarki szkolnej nie ma, przyjmuje tylko 2 razy w tygodniu przez 2 godziny.

Przerwa, w holu tworzy się ogromne koło, siedzimy po turecku, dołączają kolejne osoby, gramy w „ancekabance flore”, omade omade omadeodeo rikitiki, bęc!

Obiad, ze stołówki czuć kompot, piątek, moje ulubione naleśniki z serem i śmietaną, biorę dokładkę, mniam.
Do stolika dosiadają się P. i E. włączają się w dyskusję, koleżanki zafascynowane i jakby urosłe w swoim znaczeniu patrzą na P.

Klasa 7
W ubiorze koleżanek pojawiają się staniki, ta która pierwsza, góruje nad innymi jako prawdziwa kobieta. Coraz częściej korytarzem przemykają bluzki do pempka.
Mam dziurawe dżinsy i stare adidasy, po korytarzu przemykam cichaczem. Mój brat krąży gdzieś piętro niżej grając w berka w nowiutkich tramkach i bluzie z pokemonem.
Proszę m. o pieniądze na ubrania
– s..j – słyszę i zamykam temat.

Następnego dnia m. przychodzi ze stertą zakupów z ciucha wręczając mi spódnicę w falbanki, jaskrawe spodenki i dżinsy w kwiatki. Dla siebie ma nową garsonkę z butiku, płaszcz, kilka spódnic i kilka par butów.
– Przecież jak ja się w tym pokażę w szkole to będę pośmiewiskiem przez cały rok szkolny!
– Co ci się nie podoba? Takie ładne rzeczy! Ja tu flaki wypruwam żebyście wszystko mieli a Ty co? Niewdzięcznico Ty. Nie chcesz? To sp..j.
Płaczę i wracam do podartych dżinsów.

Lekcja WOS, wypowiadamy się na ogólnopolityczne tematy z wiadomości, P. szarżuje dyskutując z nauczycielem, po zebraniu sterty pochwał od elokwencji po kolor bluzki uśmiecha się skromnie.
W przebieralni na wf któraś z dziewczyn nie wytrzymuje i naskakuje na P.
P. z wystudiowanym żalem i elokwencją tłumaczy, że przecież to nie jej wina, że ją tak wszyscy lubią.
P. stara się o średnią 6.0, po przekabaceniu kilku nauczycieli, awansuje z 5 na 6, osiąga szkolny sukces.

Półrocze, wyliczanie średniej, udało się, przeszłam przez limit na stypendium Dostaje od szkoły 100 zł, w końcu kupuję sobie spodnie.

Staję na głowie, koniec roku, otrzymuję czerwony pasek. W nagrodę dostaję uścisk dłoni i książkę „Potrawy z ziemniaka”, bo celem każdej dziewczyny jest awans społeczny w kuchni.
Wracam do domu, pokazuję świadectwo, ojciec puchnie z dumy, m. patrzy na świadectwo i z sarkazmem stwierdza, że z matematyki i biologi to mogłoby być 5, a nie tylko 4. Wraca mój brat, pokazuje z dumą świadectwo, od punktu 1 do 10 piętrzą się dwóje i tróje, z angielskiego jest 5. M. puchnie dumą stwierdzając, że jej syn ma talent lingwistyczny.

Klasa 8
Uczę się do każdej klasówki walcząc o końcową średnią, składam papiery do Kochanowskiego, biegam tam też na kursy przygotowawcze z matematyki i polskiego, dodatkowo – korepetycje z matematyki, nie wiem jak zdam egzamin, boję się.

Ojciec na miesiąc przed egzaminami krzyczy żebym szukała zawodówki, bo w ogóle się nie uczę, nie mam siły. 

Idę na wcześniejsze egzaminy do LO na Ochocie, na próbę przed tymi czerwcowymi. Dostaję się mimo trzydziestu osób na miejsce. Ojciec puchnie z dumy. Ja jestem szczęśliwa, że w tej szkole nie będzie nikogo z mojej podstawówki. Zacznę nowy rozdział, nowe życie. Dostaję też obiecane od T. 200 zł za zdane egzaminy, trzymam na czarną godzinę.

Koniec wakacji, wyprawa po książki, mam jechać z m., wychodzi nic nie mówiąc, wraca z G. wręczając mi paczkę obleśnych zeszytów i czarny plecak z dziesięcioma kieszonkami, do tego dwupoziomowy piórnik na dwa suwaki i rozkładaną klapką na ekierkę i kątomierz. Płaczę, pytam czemu nie powiedziała, że jedzie, przecież nie wezmę tego do liceum! M. się obraża, przecież ona tyle z siebie daje, mam wszystko czego chcę.
Wyjmuję moje 200 zł, kupuję torbę i piórnik.

lo1

Pierwsza klasa LO, czuję się potwornie zagubiona i samotna, ale będzie dobrze, nie tak miało być!
Mija półrocze, pękam, nikt mnie nie lubi, jestem gorsza, jestem do niczego. Snuję się po korytarzach w niemodnych ciuchach i z włosami zasłaniającymi twarz, chcę zmienić szkołę, ale nie mam odwagi.
Wieczorami wychylam się przez okno, za bardzo. Nocami bawię się nożem. Przyznaję się Mr. nie mam siły, nie dam rady. Mr. śmieje się i krzyczy haha wasza córka chce się zabić! Wujeeeeek A. chce się zabić, hahaha.

Gmach szkoły, duży budynek na Warszawskiej Ochocie, tak inny od mojej mini podstawówki na Mokotowie. Stare drewniane podłogi skrzypiące na głównych szlakach komunikacyjnych i ogromne okna wpuszczające na korytarz ciepłe jesienne światło. 

Sala pamiętająca dawne czasy z drewnianymi ławami ustawionymi rzędami, z okrągłymi otworami, w których kiedyś mieściły się metalowe temperówki. Na ścianach tablice z odmianami czasowników i specyficznymi formami twardego niemieckiego języka.

Aula, aula posiadająca dusze, stary parkiet okrywający scenę i ciężkie brązowe kotary.
Na tej scenie po raz pierwszy próbowałam udowodnić brak słabości grając jakąś mini rolę w górnolotnym przedstawieniu sklejonym przez moją klasę. Oczywistym zdaje się fakt, że z racji mojej karnacji, grzecznie określanej jako porcelanowa, grałam wtedy ducha wykrzykującego coś elokwentnego. Chociaż, biorąc pod uwagę fakt, że „krokodyla kup mi luby” zamieniłyśmy w scenę, w której dwie panny strzelają do siebie plastikowymi karabinami mojego brata… cóż, moja kwestia była chyba jednak elokwentna.

Zapach pasty do podłóg i śliskie zużyte czasem schody, na których wywinęłam przynajmniej dwa fikołki.

Lekcje historii prowadzone przez profesora o niesamowitej pasji i intelekcie, owiane magiczną nutą anegdot o królach, książętach, wsparte tekstami źródłowymi w na początku dziwnym, prawie nieznanym języku, powoli otwierające nasze oczy i umysły i pozwalające chłonąć minione wydarzenia w najczystszej postaci. Opowieści ze starożytnych kuluarów, rody z zajęczą wargą i weekendowe wycieczki po Warszawie, poznawanie niezauważanych dotąd pomników, muzeów.
Ręce obolałe od notowania na każdej lekcji. Dziękowałam za to na pierwszym studenckim wykładzie!
3/4 klasy zdające maturę z historii, zdali wszyscy, w większości na 4 i 5 :-)

Znienawidzone zajęcia matematyki z Panią o dziwnym zapachu i zębach… Umysł zamknięty na liczby, iksy i wykresy. Korepetycje zorganizowane przez przyjaciółki przed każdą klasówką. Wchłanianie niepotrzebnych informacji tylko po to żeby wydobyć odpowiednią średnią.

Nauczycielka prowadząca zajęcia mówiąc jakby sama do siebie, słucha jej może jedna trzecia klasy, większość dawno się poddała. Nie rozumiem dosłownie nic, czuję się jak tępak i matoł. W ławce siedzę z M. M kończy swoją klasówkę, zabiera moją i szybko rozwiązuje zadania na 3-. 

Język angielski, trafiam do klasy z podziałem ze względu na niemiecki, jestem więc nagle na poziomie średnio-zaawansowanym nie potrafiąc nawet liczyć, dostaję rok na nadgonienie grupy, potem koniec taryfy ulgowej.
T. inwestuje w moje kursy w prywatnej szkole. Nadrabiam bardzo szybko, ostatecznie maturę ustną z angielskiego zdaję na 5.

Religia, m. nie chce podpisać mi zwolnienia z lekcji, chodzę więc na siłę, bo inaczej mam nieusprawiedliwioną nieobecność (dopiero po skończeniu liceum dowiaduję się, że szkoła zwolnienia od rodziców nie mogła wymagać zgodnie z ustawą jakąś tam o wyznaniach).
Jestem wściekła, siedzę na lekcjach w ciszy lub wyjmuję dobrą książkę, ksiądz próbuje postawić mnie do ładu i straszyć szatanem, nie reaguję, klasa się modli, ja nie mam zamiaru. Ksiądz jest stary, wysoki, dumny i farbuje siwe włosy na czarno. Śmieje się głośno i ostentacyjnie jakby był co najmniej królewskim namiestnikiem, tym bardziej nie przekonuje mnie to do bycia Katolikiem na siłę.
Przemykam na tych zajęciach z klasy do klasy, jeśli wypadają na ostatniej lekcji, podrabiam zwolnienie i uciekam do domu. W 3 klasie pojawia się młody kleryk z siłą i energią do nawracania niepokornych, zagubionych owieczek. Upiera się, że zrobi ze mnie pokorną katoliczkę i na każdej lekcji męczy o wypowiedzi. Na jednej z nich wręcza mi Biblię, patrzę na niego z mordem w oczach.
– Co masz w ręku dziecko?
– Biblię proszę Pana
– Czym jest dla Ciebie Biblia?
– Książką proszę Pana.

Kolejna z serii nawracających lekcji, rozmowa o antykoncepcji (która oczywiście jest ble).
– A. a Ty co myślisz?
– Myślę, że każdy mężczyzna powinien zbierać w słoiczek spermę z porannego wytrysku, broń Cię Piotrek prać pościeli, z tego przecież mogłyby być dzieci!
Po lekcji kleryk podszedł i poprosił żebym nie przychodziła na zajęcia, on będzie mi wpisywał obecność.
Nareszcie!

Informatyka, tworzymy pierwsze strony internetowe. Język HTML z początku wygląda jak niejasny szlaczek, ale szybko przypada mi do gustu. Jako humanista zawzięcie tworzę nowe podstrony do pracy zaliczeniowej, ślęczę nad tym w każdej wolnej chwili, w domu i w szkole. Ostatecznie Profesorka włącza mnie w projekt stworzenia strony internetowej szkoły.

Biologia, szalona profesorka z wyjątkowo rzadkimi włosami, które w przerwach gładzi szczotką i w wielkich, stanowczo za dużych na drobną twarz okularach, wykłada nam dokładnie budowę dżdżownicy. Dostajemy trzymiesięczne i półroczne prace do wykonania, np. o ślimakach. Tworzę pełny album na kilkanaście stron, wklejam wykresy, zdjęcia i informacje z akademickich podręczników dorwanych w BUW. Pracę zaliczam na 6 i jednocześnie łapię biologicznego bakcyla. Nauka o parzysto i nieparzystnokopytnych staje się pasją, wiedzę do klasówek wpajam nadzwyczaj szybko, jestem w szoku. Czytam dodatkowe informacje, zapisuję się na koło biologiczne. W weekendy i w tygodniu biegamy nad jeziora, samochodem psorki dojeżdżamy pod miasto i wyłapujemy pijawki, robaczki i inne żyjątka. Po powrocie do szkoły siadamy przed lupami i mikroskopami podziwiając świat zza szkiełka.

Język polski z kobietą niepotrafiącą obsługiwać biletu miejskiego, wykrzykującą całe swoje oburzenie na dwulicowość narodu naszego, co to do sprzątania ubrania zmienia. Aktorzy, teatry, fałszywość! Nieprzewidywalne wybuchy pomieszane z zaglądaniem do torebeczki Dolce Gabbana i poprawianiem apaszki Hermesa. Dyskusje na temat nowej lektury poparte udostępnianiem do głosu uczniów posiadających na temat „odpowiednie” zdanie. Wyjawianie na forum uczniowskich sekretów, wytykanie biedoty i wieczne narzekanie na system. Niezrozumienie oparte na domu w Wilanowie i mężu posiadającym dobrze prosperującą firmę.

Interpretujemy wiersz, klasa zaczyna się sprzeczać, podnoszę rękę wygłaszając odmienną od psorki interpretację konkretnego wersu.
Psorka z krótkim aha ucina mi w pół zdania i oddaje głos komuś kto ma „lepsze” zdanie.
Po kilku tego typu potyczkach poddaję się i nie odzywam w ogóle.

Czasami klasa w akcie dyskusji na temat mocno polonistyczny (lektura jakaś na przykład) zaczyna się kłócić, sprzeczać i dyskutować. Psorka nagle bez powodu wybucha, robi się czerwona na twarzy, wrzeszczy i wychodzi z Sali…

Klasa 3, polonistka ma naszą klasę w zastępstwie „na wychowaniu”. Wymyśla więc wyjście do kina. Zrzutka po 15 zł, idziemy na musical. Nie cierpię musicali i nie mam zamiaru prosić T. o pieniądze na coś takiego, szczególnie kiedy M. straciła pracę i wyszły na jaw jej komornik i niepłacone kredyty.
Podchodzę do PE, i po cichu wyjaśniam dyskretną sytuację finansową zaznaczając, że film nie jest w moim guście i nic nie stracę jeśli nie pójdę.

Wracam do ławki.

Po chwili psorka wstaje i na oczach całej klasy, mówi spoglądając na mnie.
A, ty nie powinnaś się wstydzić tego, że jesteś biedna. Nikt nie powinien się wstydzić.
Takie są czasy, że się zdarza, ale Ty musisz mieć swoją dumę i się tego nie wstydzić.
Klasa milknie, ja z zaskoczeniem otwieram buzię i wychodzę z Sali, zamykam się w kabinie damskiej toalety i ryczę kolejne pół godziny.
Szkoła opłaca mój bilet do kina z funduszu jakiegoś tam, zaraz po wejściu do Sali kinowej zakrywam się kurtką i budzę po 2 godzinach na napisach końcowych.

Magiczne lekcje fizyki, na których przenosiłam się do świata obcego, niezrozumiałego języka i słuchając o siłach grawitacji i metodach wyliczenia prędkości jadących na przeciwko siebie autobusów, znikałam w świecie kreatywnej karykatury tworzonej na kartce papieru w kratkę.

Niemiecki, twardy, ostry jak brzytwa, powiązany sztywnymi regułami i akcentami. Kobieta lat 50 obrażająca się regularnie i wybuchająca niekontrolowanym śmiechem pomieszanym z krzykiem.
Kartkówka, E. za to samo zdanie ma +, ja -. Podchodzę do profesor M. i pytam skąd ta różnica, nie rozumiem, pytam grzecznie. PM robi się czerwona na twarzy i zaczyna wrzeszczeć – może to dlatego, że Cię nie lubię, a może co!? Może całej klasie mam  obniżyć ocenę przez Twoje widzimisię?! Co Ty sobie w ogóle myślisz!? Wychodzę z klasy, siadam na podłodze w łazience i ryczę do końca lekcji.
Po dwóch dniach PM wzywa mnie z korytarza do sali. Uśmiecha się, szczebiocze i tłumaczy skąd minus –bo widzisz, kontekst tego zdania zależał od poprzedniego i poprzednie miałaś źle, ewidentnie więc nie zrozumiałaś zasady gramatycznej. Ale widzisz, ty tak na mnie naskoczyłaś, krzyczałaś i odniosłaś się tak agresywnie, wulgarnie, to musiałam krzyknąć, prawda?

Geografia, K jest ogromną przyjaciółką PM. Rysujemy mapę a’la globus na kartkach w kratkę, koleżance ewidentnie coś nie wyszło więc ściera całość i zaczyna od początku
K. podchodzi do niej i zagląda w kartkę.
- a co to, nic się nie robi? Pała!
- ale Pani profesor, starłam bo mi się linie pomyliły.
- i jeszcze pyskuje, druga pała!

Ogrom wspomnień oplata moje półkule mózgowe. Dobre i złe obrazy. Pierwsze przyjaźnie, zagraniczne licealne wycieczki. Poznawanie Paryża i Wenecji.
Droga do szkoły poprzedzona „papieroskiem” w ukryciu. 
Ośnieżone ulice i powolny powrót kilku plotkujących dziewczyn do domu.
Pierwsze poważne rozmyślanie o życiu, plany na przyszłość, wybór studiów,

Więcej pewnie pamiętam, ale pisać nie zamierzam. Kot otula moje kolana przymilnym pomrukiwaniem, a ja zamykam pewne rozdziały, te dobre i złe. Liceum mimo wszystko wspominam dobrze, z dziwnym ciepłem na sercu i magią wspomnień. Podstawówkę trochę mniej.
Budzę się do życia akceptując przeszłość, godząc się z teraźniejszością i czekając na przyszłość. Akceptuję moją dorosłość. Późno, ale zawsze…

Białe pół-słodkie bułgarskie kusi, znikam więc Kochani, dobranoc ;)

k2k1

One comment on “Podstawówka, liceum, żale, radości, wspomnienia. Dorastanie i pogodzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>