kryminalny cd

Obudziłam się punkt 6:00, z romantycznym przekleństwem na ustach, przestawiłam budzik o 5 minut i niewiele myśląc, ponownie przytuliłam głowę do poduszki. 30 minut później, powieki zaczęły lekko drgać a faza REM poszła w niepamięć, zerwałam się z kanapy i formułując kwiecistą wiązankę słowną, tworzącą bukiet barw na k, ch, f, pędem ruszyłam do łazienki zdając sobie sprawę z tego, że 15 minut na umycie głowy, wysuszenie włosów i jako taki make up to trochę mało… Poranna akrobatyka obejmująca trzymanie w lewej ręce suszarki a w prawej szczoteczki do zębów, po czym płynne za żonglowanie ze szczotką do włosów w lewej i szczoteczką do zębów w prawej ręce, wprawiły mnie w niekrywane zadowolenie ze swoich dobrze skomunikowanych półkul mózgowych. Pokonując rekordy prędkości i przebijając wszystkie wpisy z księgi Guinnessa, zdążyłam jeszcze wypić kawę rozpuszczalną z dwoma łyżeczkami cukru i mini śmietanką z Lidla, zjeść dwie kanapki z masłem i topionym serem z Biedronki, zapalić papierosa, wyszczotkować zęby i „szczękowy deprogramator”, nakarmić koty, odgonić od czarnych spodni koty, pogłaskać koty, przekląć koty, przeprosić koty, nakarmić dodatkowym smakołykiem w ramach przeprosin koty, wstawić zmywarkę i dotrzeć prawie obudzona na przystanek autobusowy nawet o czasie!

Bujając się w rytm kolejnych zakrętów i próbując zachować równowagę między książką w prawej a poręczą w lewej ręce (chwała półkulom!), rozmyślałam o prowadzonym śledztwie. Kryminał skandynawski w lewej ręce tylko nasilał chęć odnalezienia prawdy i celu działania tajemniczego wielbiciela. Co prawda kryminał mówił również o zwłokach znalezionych w wannie z lodowatą wodą i swoje miejsce miał gdzieś w zimnej Szwecji, ale mniejsza o to, w Wawie też się dzieją rzeczy groźne i niesłychane!

Nawet nie zauważyłam kiedy dotarłam do stacji metra, przytulając się do współpasażerów nowoczesnej kolejki  przekierowałam myśli na to, co mogę zastać dzisiaj w pracy. Myśli krążyły wokół potencjalnych winowajców i spiskowców, miałam już kilka typów, nie chciałam jednak przedwcześnie ujawnić się w moją bystrością, kreatywnością i skromnym talentem detektywistycznym.

Wychodząc z podziemi metra, kupiłam jeszcze opakowanie niebieskich LD (żałując braku funduszy na wiśniowe Davidoff) i próbując znaleźć w plecaku zapalniczkę, wczołgałam się po schodach na powierzchnię.
Wciągając w płuca wilgotne, mgliste powietrze, chwyciłam zręcznie zieloną zapalniczkę i wygrzebałam z dna plecaka. Pstryk, ogień, wdech, i jak mam rzucić skoro palenie jest po prostu przyjemne? Omijając wypukłe kostki chodnikowe i zawartość psich jelit na mokotowskim chodniku, postanowiłam, że pedantycznie przeanalizuję całość ostatnich zdarzeń i poukładam na półkach umysłu licząc na obudzenie kreatywnej podświadomości, która pomogłaby mi znaleźć rozwiązanie łamigłówki.
Zapsioczyłam w myślach na przedłużające się czerwone światło na skrzyżowaniu z Boboli i po chwili dumnie obiłam się o zacinającą, metalową bramkę w szklanym biurowcu.  Dotarłam na swoje piętro i po krótkim powitaniu z recepcją ruszyłam w stronę swojego miejsca pracy. Z daleka wszystko wyglądało ok, kubek po kawie dalej stał na blacie czekając na umycie, -uff – pomyślałam i odetchnęłam głęboko rozglądając się po open space – kwiatka o skomplikowanej łacińskiej nazwie przydałoby się w końcu jednak podlać, droga do kuchni po wodę i napełnianie butelki jest z deka męczące i wymaga wiele wysiłku w drodze przez korporacyjną sawannę, odczekania w kolejce do wodopoju i skrupulatnego napełnienia naczynia życiodajnym płynem, ale poświęcę się, natura by tego chciała – myślałam i niewiele więcej analizując ruszyłam na wyprawę przez biurowe korytarze.

Po napełnieniu butelki, omówieniu pogody z R, pochwaleniu nowych spodni M, zwróceniu uwagi na buty S, życzeniu smacznego wgryzającemu się w domową kanapkę P, wytłumaczeniu, że faktur nie da się rozliczyć Panu K, poplotkowaniu z M o N, ironicznemu przewróceniu oczami i przyjęciu wiele znaczącej miny do S, minięciu M, o mały włos niezderzeniu się z R, pomachaniu C, przytaknięciu K, ominięciu N i po powitaniu z Z, dotarłam zmęczona do biurka.
Usiadłam na krześle, które na szczęście było odwrócone jak zwykle, w prawą stronę, objęłam wzrokiem najbliższe mi otoczenie. Ścianki OK, chropowata wykładzina OK, segregatory OK, kwiatek – jeszcze trochę prawie OK, kontenerek – w miejscu, półeczki – na miejscu, telefon… - analizowałam w myślach gdy wzrok zawiesił się na słuchawce do sekretarskiego Cisco, powędrował w lewo… gałka oczna zaczęła pulsować jakby zbyt szybko próbowała przekazać informacje do tęczówek, które w ostatniej chwili nabiły obraz na neurony i poprzez wypustkowate synapsy przekazały obraz do półkul..
Czułam jak moje mózgowe fałdki kurczą się, rozkurczają, prostują i zwijają a szara masa zmienia kolor na fioletowo niebieski.. Nie wierzyłam w to co mi własny organizm do mózgu wrzuca, w prawidłowość działania źrenic, tęczówek i synaps… Pot pojawił się na moim czole… czułam jego zimne krople powoli wędrujące w dół w okolice nosa i policzka,  zęby o mało nie zacisnęły się, o mało bo w ostatniej chwili opamiętałam się przypominając czas i koszty poniesione na leczenie skrzypiących zawiasów szczęki. Patrzyłam a im dłużej patrzyłam tym bardziej wyrazistość i tragedia emanująca z tego, na co właśnie spoglądałam, docierały do mnie. Niepewność i lęk wzrastały powoli dochodząc do punktu szkodliwego dystresu i granicy lekkiego załamania nerwowego…

Na  moim biurku, obok mojego telefonu … leżał talerzyk ze starannie ułożonym na nim nie moim drożdżowym ciastem z jagodami! – Kto to zrobił? Czemu mnie to spotyka? Co ja takiego zrobiłam?! – krzyczałam w myślach… Nie wiedziałam już co dalej robić, jak się zachować, jak spokojnie przeanalizować tok ostatnich wydarzeń i systematycznie dojść do ładu z gromadzącymi się i buzującymi we mnie odczuciami. Poczułam się zupełnie samotna, opuszczona, pozostawiona sama na szerokiej pustyni złotego piasku wielkiej kociej kuwety. Nie byłam w stanie nawet sama sobie określić jak się poczułam, siły tego ukłucia, ciosu…

Rany wewnątrz mnie pogłębiały się, rozrywały niczym zbyt rozciągnięty delikatny materiał na babciną, koronkową, różową halkę.. jak rozprószony po ogrodzie chlebowy okruch, pozostawiony samotny w gęstwinie źdźbeł trawy i czekający rozpaczliwie na pożarcie przez szarego miejskiego gołębia.

Jak kawałek niezjedzonej pizzy, pozostawiony na zmarnowanie, z twardniejącym i zwijającym się żółtym serem i odchodzącym od niego kawałkiem wysychającego plastra salami z papryką, pieprzem i odrobiną pomidorów…

Jak nieprzecedzony makaron sklejający się z rozpaczy ze współbraćmi cedzakowej niedoli, łączący się z innymi ku utracie własnej indywidualności, oczekujący bez nadziei na chłodny strumień dającej życie kranówki..

Jak… jak upuszczona w zapomnieniu jednogroszówka z pordzewiałym orzełkiem i śladami rdzy po pięciokrotnym wypraniu w kieszeni jeansów..

Nie wiem, po prostu nie wiem… dlaczego ktoś w tak brutalny sposób łamał moje postanowienie diety?

Czułam jak ślinianki pracują, jak wyobrażenie smaku kruszonki z domieszką zapachu leśnych jagód przenika przez gardło, dociera do żołądka pozostawiając na języku delikatne wspomnienie słodkiego lukru. Wyobrażałam sobie jak odłamując kawałeczek ciasta sięgam po filiżankę równie słodkiej kawy z mlekiem 3,5 procenta. Jak smaki łączą się, wirując malują tęczę z pełną paletą barw kolorów i zapachów…

Moja motywacja słabła, to nasilała się ponownie, tyle czasu wytrzymałam i nie chciałam poddać się tak łatwo! A to z racji tego, że od jakiegoś czasu zmuszona jestem nosić na szczęce specjalny zdejmowany aparat celem ustabilizowania mojej strzelającej żuchwy, mój uśmiech naznaczony jest podłużnym srebrnym drucikiem na zewnętrznej linii zębów. Rozbrajam uśmiechem i jak to w korpo bywa, na temat drucika wiele anegdod i powiedzonej utworzonych już zostało. Mając spory dystans do drucika, który nawet polubiłam i dzięki konieczności zdejmowania go przed każdym jedzeniem, a przed ponownym założeniem – mycia zębów, straciłam kilka kg odstawiając ‘przekąski’, cukierki itp. etc. a skupiając się na trzech rozsądnych posiłkach dziennie, zaczęłam się z niego nawet cieszyć i z uśmiechem przyjmować żartobliwe przytyczki na nie odpowiadać.

Example 1
M: mówi dowcip, dowcip nawet śmieszny, a że M się starał, zaśmiać nawet się wypada.
Ja:  Nie rozśmieszaj mnie, wtedy opada mi drucik (co faktem jest i drucik trzeba poprawiać).
M: Ale za to przyciągasz magnesy w okolicy :)
Ja: Jasne, a do tego nie muszę zakładać słuchawek jak chcę posłuchać radia…
i masz zwiększony zasięg jak rozmawiasz przez komórkę.

Pomijając jednak kwestię drucika, nie zamierzałam pozwolić na to aby delikatny placek z kruszonką zniszczył moje postanowienia i zastanawiałam komu podrzucić kukułcze ciasto…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>