Jak to kocia i NFZ-etowska terapia człowieka na prostą wyprowadzają.

Sobota wieczór w domu, tak, dokładnie, marnuję kawałek swojego życia siedząc w domu. Tak wyszło, kasa z konta wypłynęła, a logowanie w celu sprawdzenia jego stanu poprzedzam papierosem i trzema głębokimi wdechami.

Siedzę więc w domu i rozmyślam, bo taki mój urok już, że czasami myślę za dużo. Tak, na niewygodnym krześle, przed komputerem analizuję ten rok od początku do dzisiaj.
Chcę czy nie przypomina mi się pewna wróżba sprzed trzech lat zapowiadająca totalne załamanie, sponiewierana moim śmiechem, że to przecież niemożliwe, bo wszystko co najgorsze i miało się stać, już było. Cóż, racji nie miałam, bo załamanie przyszło i to bez racjonalnego wytłumaczenia, bo nic gorszego od tego co było już, się nie stało. A jednak, 3 miesiące bez wychodzenia z domu, weekendy załzawione w łóżku, wkurzące słoneczne światło i uśmiech na twarzach ludzi. R załamany, bo mimo że stara się jak może, nie umie bardziej pomóc i ja Zosia Samosia, że przecież to w końcu minie, i obsesyjne myśli i brak chęci do życia. Zmęczony organizm nie pochłonął już kolejnej porcji stresu i zaczął wypluwać ją w swój sobie znany jedyny sposób, łzy, lęk, dziwne przemyślenia, brak energii.
I jak wcześniej nie chciałam się do tego przyznać, tak dzisiaj dotarło do mnie, że przecież nie ma tu powodu do wstydu i poczucia bycia gorszym, bo przecież w końcu Zosia Samosia ustąpiła i dała sobie pomóc innym.
Zosia Samosia udała się do psychiatry po leki, a psychiatra wysłał Zosię Samosię do psychologa, bo leki Zosi pomogłyby tylko na chwilę, a to co z Zosią się dzieje to nie załamanie, to lęk wypływający teraz sprzed lat wielu, z czasów dzieciństwa i jego wad. Zosia zrobiła dziwną minę nie widząc w swoim dzieciństwie nic tak traumatycznego, żeby wypływać miało tu i teraz, ale na terapię poszła, bo co jej szkodzi spróbować.

Minęły dwa miesiące i Zosia zaczęła odkrywać w sobie rzeczy dotąd niezauważane, schematy, sposób myślenia i zachowania charakterystyczny dla materiałów, które od terapeuty dostała i w sumie bez większej nadzieii przeczytała.

Wtedy Zosia zrozumiała czemu jak ma problem to nie dzwoni do przyjaciół i unika znajomych, czemu wszystko chce rozwiązać sama i nie umie poprosić o wsparcie. Zaczęła rozumieć dlaczego nie potrafiła przyjąć pomocy bliskich osób nie chcąc nikomu się narzucać. A przede wszystkim zaczęła rozumieć te wszystkie złe mysli, które tak bardzo napierały na autodestrukcję i chęć dążenia do zepsucia samej siebie.

Praca nie jest łatwa i ma przerwy, bo Zosia na terapię na NFZ chodzi, dostać się ciężko, ale efekty chyba są, bo Zosia częściej z domu wychodzi i czasem nawet się uśmiecha. Dziwnie uśmiechnąć się po tylu miesiącach płaczu.

Nie pisząc już jako Zosia, zauważyłam u siebie jedną z tych innych rzeczy. Innych jakkolwiek to brzmi. Często nie mam empatii dla ludzi, nie rozumiem pewnych zachowań, źle odbieram sygnały z otoczenia, ale za to kocham i rozumiem zawsze zwierzęta, moich głównych „wspieraczy”.

Nie wiem jak moje koty to robią, ale mają dodatkowy instynkt, który pozwala wyczuć kiedy jest źle i akurat wtedy wdrapać się na moje kolana domagając pieszczot, a koty mam iście psie, bo jak koty nie zawsze się zachowują.

Przykładowo Pan F, lat 5, rasy białej z rudo brązowymi elementami, na dźwięk domofonu zaczyna miauczeć pod drzwiami. Na dźwięk klucza mruczy i gada donośnie a moje wejście do domu traktuje intensywnymi ósemkami między moimi nogami i gigantycznym susem, który dociera do moich ramion. Pan F przytula się jak dziecko, sadowiąc łapy na moich ramionach i wtulając głowę za włosy. Pana F nosić trzeba tak 10 minut inaczej ósemki i gadanie końca nie mają.

1f

Pani C za to jest królewną, która delikatnie krążąc w okół w końcu bezceremonialnie ładuje się do łóżka moszcząc sobie z mojego brzucha posłanie i domagając pieszczot. Ostatecznie jak dziecko zasypia z główką na moim przedramieniu mrucząc cicho i śniąc o  szprotkach i soczystych kawałeczkach wołowiny.

1c

Kiedy chcę sobie poprawić humor, nie kupuję kremu, ale lepszą karmę dla kotów, nietypowy smakołyk lub zabawkę, która po tygodniu ginie w zakamarkach nieodkrytych gigantycznej naszej kawalerki ;)

A historia moich kocurów jest jaka jest. Po tym jak odszedł od nas rudzielec imieniem R, a czarnula imieniem N wyszła na spacer i przez miesiąc nie wróciła, do tej pory nie wiemy co się z nią stało mimo poszukiwań, wytrzymalismy miesiąc i zaczeliśmy rozglądać się za nowym towarzyszem, bo jak to żyć bez bezinteresownej miłości małego mruczącego stworzenia?

Pojawiła się C, na stronie fundacji TRIP smutna szylkretka, przestraszona, oddana przez Panią po kilku latach kochania (wiemy, że Pani nie miała innego wyjścia, ale o tym kiedy indziej). C trafiła do naszego domu w małym tansporterze i przez pierwszy tydzień chowała za pralką. Daliśmy jej czas, nikt jej nie głaskał na siłę, nikt za nią nie chodził. Po tygodniu nastąpił przełom i C zaczęła ładować się do łóżka pomagając co rano mojemu budzikowi, z pierwszym brzaskiem skubała włosy na mojej głowie domagając się mokrej karmy. Po 2 miesiącach zadzwoniły dziewczyny z innej Fundacji – Zwierzaki z Mińska i opowiedziały historię Pana F, który dokarmiany przez starsza Panią snuje się po osiedlowych piwnicach i marźnie na sniegu. Pan F trafił więc do nas na dom tymczasowy i tak już został z przerażonego brudnego kocura chowającego za kanapą, zamieniając w dorodne 7 kilo kociej miłości. Nie ukrywam, że pomogły smakołyki różnej maści zmuszające go do tego aby w koncu ruszył zadek zza kanapy :)

I tak ja i moich dwóch terapeutów żyjemy sobie z dnia na dzień i kiedy mam dzień lub dni nie wychodzenia z domu i snucia ciemnych myśli, one idealnie wpasowują się w miejsce obok mnie na łóżku i przeganiają złe demony. Kochają bezinteresownie, ale na ich miłość trzeba było sobie zasłużyć, i to zdobyte przeze mnie kocie zaufanie trzyma mnie w ryzach. Bo skoro koty do mnie lgną, skoro życia beze mnie sobie nie wyobrazają a na moją 10 godzinną nieobecność reagują donośnym gadaniem i narzekaniem, to przecież nie jest ze mną tak źle i być może tylko lepiej.

Połączenie kociej i psychologicznej terapii daje też pierwsze syndromy „normalnienia”, od dwóch dni chodzą za mną dźwięki clave, nogi przebierają niespokojnie i mówią, że chyba jeszcze chwila, jeszcze moment i czas wrócić do tańca. Na razie dawkując, na spokojnie, na zajęcia, potem na pojedyncze imprezy a potem do ludzi.

Tak więc, sumując ten dziwny wpis: Terapia, koty, taniec – trzy niezbędne składniki do normalnego życia :-)

1b

One comment on “Jak to kocia i NFZ-etowska terapia człowieka na prostą wyprowadzają.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>