Jak to jest z tymi obietnicami? I jak co dzień udowadniamy samym sobie brak własnej wartości.

Ostatnich kilka spostrzeżeń zmotywowało mnie do stworzenia listy zadań przemyślanych i rozsądnie dobranych do własnych możliwości.
Punktów na liście powstało 12, tak jak i 12 miesięcy z końcówką 2015. Nie wdrapię się na Mount Everest i nie przejdę pieszo przez Afrykę, choć jest to jedno z niespełnionych marzeń.
Listę jednak pozostawiam otwartą również na plany na kolejne miesiące, poniedziałki, środy i weekendy :-)

———-

W niedzielę wieczorem ugniatając przed snem poduszkę i moszcząc się pod kołdrą, przeciągamy się i pełni wiary i nadziei obiecujemy sobie, że następny dzień wypełnimy pracą, intensywnym skupieniem się i dążeniem do celu.
Zarzekamy się, że pokażemy światu na co nas stać i nie damy się wyścigowi szczurów. Wyprzedzimy sami siebie w biegu po sukces, awans i podwyżkę. Nie będziemy zwracać uwagi na marudzącego szefa i firmowe plotki, nie odłożymy pracy na kolejny dzień i zatrzymamy się na dwóch, zamiast czterech, kawach.

Ustawiamy budzik na 6:00 dodając trzy powtórzenia alarmu i obiecujemy sobie, że wstaniemy z pierwszym dzwonkiem, zjemy porządne śniadanie, zdążymy wypić kawę, wyprasować koszulę i ciesząc się chłodem poranka, z dużym zapasem czasu, ruszymy spokojnie do pracy.
Pełni wiary w siebie zasypiamy wcześniej dodając do obietnic, że następnego dnia położymy się przed 23:00 i złapiemy przepisowe siedem godzin zdrowego snu.

Po pierwszym budziku automatycznie naciskamy przycisk śpiocha i łapiemy dodatkowe 10 minut drzemki zaklinając, że nigdy więcej tak nie zrobimy.
Ostatecznie zrywamy się z łóżka o 06:30 klnąc siarczyście w biegu do łazienki. W drodze pamiętamy aby wstawić wodę na kawę. Po krótkim prysznicu zaczynamy szukać w pośpiechu bluzki nie wymagającej prasowania, pochłaniamy dwa łyki kawy i potykając się o własne nogi pędzimy na przystanek autobusowy.

Zmęczeni i mokrzy od biegu docieramy do biura spoglądając na stertę dokumentów na biurku. Próbując skupić się na rozłożeniu pracy w czasie, wypijamy trzecią kawę wciąż wlepiając wzrok w ułożone jeden na drugim papiery. Przeglądamy listę maili zamykając automatycznie sprawy najkrótsze i najłatwiejsze. Wymagające większego wysiłku i nakładu pracy zadania odkładamy co chwilę aby „odpowiednio się do nich zabrać”.

Wyskakujemy po kolejną kawę i na papierosa obiecując sobie, że będą motywacją do zabrania się do czekającej nas listy spraw. Po powrocie do biurka przeglądamy wiadomości, wysłuchujemy rodzinnych historii koleżanki z pokoju i obgadujemy Janka gryzipiórka, który zostaje po godzinach tylko po to aby pokazać szefowi jak bardzo się stara.

Nadchodzi czas na lunch ruszamy więc na spacer po okolicy aby „nabrać energii do pracy”. Wracamy ok godziny 14:00 stwierdzając, że trzy pozostałe godziny to zdecydowanie za mało na znaczne pomniejszenie sterty piętrzących się obok nas dokumentów. Wybieramy więc sprawy krótkie i łatwe żeby zdążyć do domu na 18:00.

Zmęczeni po długim dniu rozsiadamy się w domowym fotelu załączając trzy odcinki ulubionego serialu i obiecujemy sobie, że od jutra zamiast filmu przerobimy dwie lekcje audio z kursu angielskiego, przeczytamy „dającą do myślenia” książkę i ugotujemy porządny obiad.

Ok północy ugniatamy poduszkę i mościmy się w łóżku obiecując sobie, że do trzech razy sztuka, jutro wstaniemy po pierwszym budziku, spokojnie dotrzemy do pracy i pokażemy na co nas stać.

W weekend tworzymy plan zdrowego odżywiania, planujemy odstawić w kąt papierosy i od poniedziałku zacząć zajęcia fitness.

W poniedziałek w trakcie biegu do łazienki o 6:30 rano i ponownie podczas spaceru w ramach lunchu zarzekamy się, że początek następnego tygodnia będzie o wiele lepszy, od następnego poniedziałku NAPRAWDĘ trzymać się będziemy danych sobie obietnic i zaczniemy od nowa, jak urodzeni ponownie. Trzymając się tej myśli, przez kolejne 7 dni ugniatamy przed snem poduszkę.

Stosując się do aktualnych trendów mówimy wszystkim o tym jak pewni siebie i wartościowi jesteśmy. Jak uparcie dążymy do celu i jak bardzo cieszymy się życiem. Oblajkowujemy słowo „życie” na facebooku tak aby wszyscy widzieli. Wrzucamy też odpowiednio motywujące obrazki i filozoficzne cytaty o motywacji i wierze w siebię.

W domu zdejmujemy maskę pewności siebie i ponownie ugniatamy poduszkę.

Kim więc jesteśmy i jak ma się do tego nasze poczucie własnej wartości i siły kiedy pierwszą lepszą obietnicę naginamy, przekładamy, cofamy, zapominamy?

Jak możemy obiecać coś komuś jeżeli nie dotrzymujemy nawet tych najprostszych obietnic danych sobie?

Życzę Wam kochani aby Wasze plany i marzenia na nadchodzący rok się ziściły. Dobierzcie je racjonalnie i nie zaczynajcie od poniedziałku, kolejnego miesiąca, dnia, ale w momencie postawienia konkretnego zadania przed sobą, tu i teraz! :)

Powodzenia!

Ps. a na 1 stycznia polecam zupę ogórkową :p

 promise

 

2 comments on “Jak to jest z tymi obietnicami? I jak co dzień udowadniamy samym sobie brak własnej wartości.
  1. Nie dotrzymujemy obietnic samym sobie, ponieważ to nie są takie proste zobowiązania. Po pierwsze nasz mózg tak jest skonstruowany, że broni się przeciwko wszystkim zmianom rękoma, nogami i czym tam jeszcze ma do dyspozycji. Obronę mózgu można przechytrzyć wprowadzając małe, niezauważalne zmiany _ jeżeli wstaję o 7, a chcę o 6, to na początek przestawiam budzik na 6.50. Jak się przyzwyczaję, to na 6.40, itd.
    Poza tym większość obietnic jest niekonkretna, więc nie wiadomo jak je zrealizować. Będę się więcej ruszać? A co to znaczy? Dwa razy w tygodniu pójdę na 10 minut na spacer, to jest konkret.
    Planowanie zmian, to wbrew pozorom niełatwy proces i jeżeli chce się je wdrożyć, to trzeba dobrze je przemyśleć…
    Pozdrawiam i życzę zrealizowania marzeń :-) Bardzo optymistyczny blog :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>