Dentysta też człowiek.

Nogi z waty, wata zamiast nóg, galareta, ręce ociężałe, dłonie niesprawne, delikatne drżenie rozchodzące się gdzieś z okolicy klatki piersiowej.

Zapach, ten niebiesko-zielony sterylny zapach i dźwięki. Świdrujące piskliwe dźwięki wiertła przebijającego się przez warstwę szkliwa gdzieś tam za ścianą. Nerwowe przerzucanie stron kolorowych czasopism przez współtowarzyszy oczekiwania.

Światło, wielka lampa tuż nad oczami, mięknące waciki napchane do ust i śliniak siorbiący tam w środku i zahaczający o język. Spojrzenie, sufit, podwieszany, okno z zielonymi roletami z grubych włóknistych pasków, szafki, białe błyszczące szafki i szklana gablota z modelem czaszki, i znowu sufit byle nie oczy, byle nie oczy dentysty.

Znacie to? Oj ja aż za dobrze, bo przez element oczekiwania przechodzę 2 razy w miesiącu (szwankujące stawy skroniowo-żuchwowe, lepiej nie pytać), ale, o dziwo, u mnie element oczekiwania wiąże się z czymś przyjemnym, ciężko w to uwierzyć.

Jakiś czas temu zmuszona byłam zmienić klinikę dentystyczną z tej, w której leczyłam się od lat „nastu” na tą, w której „szczękolożka” jako jedna z nielicznych w Warszawie, lecząca stawy, przyjmuje.

W napięciu mknę czerwonym autobusem na miejsce skazania. W głowie mam wypadające szczęki, obraz Muncha  i ironiczny uśmieszek Mona Lisy. Zwaciałe ze stresu nogi niosą mnię w kierunku wejścia do kliniki. Modlę się do zębnej wróżki o ratunek i wsparcie. Mijam skrzyżowanie starając skupić się na ilości biało czarnych pasów.

Otwieram drzwi, podchodzę do recepcji. Uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczyna z aparatem ortodontycznym na zębach wskazuje mi skórzaną kanapę i zaleca czekanie. O nie, chcę to mieć już za sobą, nie chcę słyszeć tego co jest za drzwiami. Tuż obok  ciemnowłosa trzylatka układa wierzę z plastikowych klocków, po mojej prawicy, wyluzowany (!!!) pacjent przewraca strony Newsweeka, na lewo chirurg szczękowy rozmawia „Na Ty” z pacjentem: „no i co tam? Boli? Wyluzuj, zaraz coś zdziałamy”.
Z niedowierzaniem rozglądam się, czekam. Drzwi otwierają się, słyszę swoje nazwisko O nieee, już?! Nie!

Nogi wacieją ponownie, nawet pięty drżą mimo stabilnych obcasów. Wchodzę, siadam na fotelu. Opisuję mój problem i ze łzami w oczach staram się uzyskać informacje zaprzeczające doktorowi google, chcę wiedzieć, że się da, że to się leczy.

Na twarzy lekarki widzę uśmiech (nie taki jak od Mona Lisy), przede mną pojawia się model głowy i szczęki, krok po kroku zapoznaję się z anatomią i uzyskuję spokojne, cierpliwe odpowiedzi na dwieście pytań co z czym, dlaczego i jak, czemu i gdzie strzela a co z czym chrupie. Uspokajam się i jednocześnie dowiaduję, że tak, leczy się, długo, ale leczy i gorzej nic nie będzie, bo leczenie zatrzyma proces choroby. Doktora google nie czytać, zakaz, Broń Cię Piotrek na fora zaglądać, wyleczeni się nie skarżą w Internecie.
- Ale jak to, ale piszą, że nie da się, że będzie boleć, że odpadnie i będę szczęki po mieście szukać, i w ogóle skrzypi, różnie, raz tak, raz tak i tu, o tu przeskakuje jakby odpaść miało.
Cierpliwa odpowiedź, że dowód na wyleczenie przez Doktor M jest w postaci pacjentów kilku, więc chyba się leczy, skoro pacjenci doktorki wyleczeni są, fakt taki, nie inny.
Głupio mi, oddycham, do nóg zaczyna dopływać krew. Da się! Będę żyła! Mogę jeść, mogę ziewać i nic mi nie odpadnie! Nic się nie zablokuje, nie zwichnie, nie złamieSerce zaczyna bić ponownie, lekarka uśmiecha się i żartuje. Odwraca moje myśli anegdotą i dowcipem. Uśmiecham się i ja. Uspokajam.

Dostaję plan leczenia, przechodzę przez kilka kolejnych wizyt i otrzymuję coraz to nowe wynalazki do zakładania na rozklekotaną szczękę. Każda wizyta łączy się z kolejnymi dziesiątkami wyrzucanych jak karabin pytań i kolejnymi spokojnymi odpowiedziami. Po raz 3-ci dowiaduję się, że nie, nic się nie zablokuje, nic nie odpadnie, to nie to schorzenie, to się leczy, dobrze, że wcześnie przyszłam,  możemy od początku działać. Tylko ósemkę muszę naprawić zanim zgryz podwyższymy. – aaaaaa jak ja buzię otworzę do leczenia 8-mki i wytrzymam tak pół godziny!

Po tygodniu ponownie siedzę w „nowej klinice”, na skórzanej sofie, słyszę swoje nazwisko, wchodzę. Pytań sto czy przy borowaniu nic mi nie odpadnie. Śmiech, żart, nie, nie odpadnie a w ogóle to nie mam się stresować i googla czytać, bo dentystka ten sam skrzypiący problem ma i się też leczy. Rozluźniam się, gawędzę, zabieramy się za wiercenie. 10 minut, bez znieczulenia, bez bólu, szok.

Gawędzimy jeszcze chwilę, śmiejemy się, wychodzę uchachana, z uśmiechem od ósemki do ósemki.

Wpisuję się na kolejną wizytę, portfel płacze, ale ja się uśmiecham. Opanowana, spokojna, wyluzowana.

To nie jest reklama mojej kliniki, dlatego nie podam nazwy, ale udowodnienie, że można trafić na lekarzy potrafiących podejść do pacjenta. Wystarczy dobre słowo, uśmiech, cierpliwość żeby wzbudzić zaufanie i wspomóc efekty leczenia. Wystarczy wysłuchać i z empatią podejść do problemu, wytłumaczyć i umieć uspokoić. Spojrzeć na pacjenta „Po Ludzku”.

Da się? Da! Tylko czemu nie każdemu lekarzowi się chce?

zab

One comment on “Dentysta też człowiek.
  1. rozlatana szczęka obowiązkowo przy każdej wizycie, ale rzeczywiście, wszystko zależy od stomatologa, który pomoże w opanowaniu, nie wiadomo skąd biorącego się, panicznego strachu….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>