Bo lepsze dni zawsze w końcu nadchodzą.

Śniło mi się, że jestem na Kubie

W parnej Hawanie w domu teściowej.

Śmieję się z żartów znajomych (bo we śnie tym już płynnie „hablam” po hiszpańsku), nie przeszkadzają mi trudne warunki i spokojnie biorę prysznic „z wiadra” zaraz po przylocie. Wieczorami upijam się kubańskim rumem i zajadam smażone banany, a rano popijam małą czarną siedząc przed wejściem do niebieskiego domu.

To jest moje miejsce na świecie.

Miejsce, w którym czuję się jak w domu. Świat, gdzie ludzie bez problemu mówią co o Tobie myślą, nie bawią się w podteksty, aluzje, a uśmiech jest po prostu – prawdziwy.

Świat bez luksusu, szwarzwaldzkiej szynki i camemberta, garniturów, spódnic z Zary i wyścigu szczurów.

Życie, w którym pełnię szczęścia zapewnia coś do jedzenia, miejsce do spania i muzyka, bo przecież im mniej możemy mieć, tym mniej nas cieszy.. i tym więcej miejsca mamy na docenienie tego, co niematerialne.

Dni wypełnione słońcem, głośnymi rozmowami i porankami ze śpiewem „flooores, flooores”, inicjowanym przez Panią sprzedającą na ulicy kwiaty. Moje kwiaty, moje mariposas.

Słodki zapach powietrza poza miastem i duszny pomruk spalin na ulicach zapełnionych starymi samochodami. Nagrzany słońcem mur nad oceanem, na którym siedzę zapatrzona w wypełniony falami horyzont.

Delikatny poranny ból głowy po wieczorach z tucolą i rumem na dachu domu.

Soczki z mango i Bucanero w puszce popijane na ulicy podczas codziennych spacerów po mieście. Smak zerwanego przedwcześnie z drzewa mango i pokrojona w kostkę papaya.

Gotowana yuka i osiedlowe „gołąbki” w liściach kukurydzy.

Taxi łapana z łapki i 5-ciu pasażerów w środku, buła z szynką o 1 po południu. Słońce, wszędzie pełno słońca.

Wieczór, przejrzysty, ciepły, wypełniony gwarem rozmów, dymem cygar i hollywodów, smakiem kupionych na ulicy, zapakowanych w rożek z gazety, smażonych platanów.

Plaża, piaszczysta i spokojna, z dala od gwaru miasta, w otoczeniu przyjaciół. Butelka rumu chłodząca się w piasku, smak havana clubu z drobinkami niesfornych ziarenek, które dostały się do kubeczka.

To już prawie 5 lat i z każdym rokiem tęsknię coraz bardziej. To już prawie 5 lat odkąd po raz ostatni się zrelaksowałam i po prostu cieszyłam życiem.

Siedzę w tej Warszawie patrząc co dzień na pochmurne twarze współpasażerów, marudzących znajomych i szare niebo. Dobijając się brakiem perspektyw i czasem jaki mi jeszcze zajmie uzbieranie na bilet lotniczy.

Nie, nie poddaje się.

Behawioralnie zmieniam siebie licząc na sprzężenie zwrotne, uśmiechając coraz częściej i próbując pozytywnie nastawić do życia. Wiem, po prostu wiem, że jeśli usiądę i zacznę płakać to już się nie podniosę, zostanę w pozycji tyłkiem na chodniku i będę grzebać paznokciami w wystających z chodnikowych szczelin źdźbłach trawy. Balansuję więc, huśtam własnym ciałem żeby nie upaść, czujnie stawiam kolejne kroki i rozglądam na przejściu dla pieszych.

Bo lepsze dni zawsze w końcu nadchodzą.

 cuba1

3 comments on “Bo lepsze dni zawsze w końcu nadchodzą.
  1. Już czuję, że tez bym zostawiła tam kawałek serca… :) Podróżowanie powinno być zdecydowanie tańsze. Ludzie mają prawo zwiedzać świat i doświadczać piękna tego świata.
    Pozdrawiam! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>